sobota, 8 października 2016

(7) W Bierdonie rządzi Eufrozyna

Poszły ze Słojową we trzy. Czyli we dwie, a Kwapicha dołączyła po drodze. Niby że do kościółka miały iść z początku, ale Słojowa zaraz, że to, że tamto, że gazetkę znalazła w skrzyni na suchy chleb.
– „Reality”? – ucieszyła się zaraz Kwapicha.
– No nie.. ale z Bierdonki, nowa. O! Jesienna promocja crocksów, na przykład. Jak się weźnie dwa różnych rozmiarów, to dają gratis kubota z tylko lekko pękniętą podeszwą, albo jeden rzymianek bez sznurków.
– A Prawy czy lewy? – zainteresowała się Eufrozyna.
– Prawy! Tylko Prawy! – Oburzonym chórem przystrofowały Ciotkę kumy.
To Ciotka trochę zmarkotniała, bo od ciągłego kłapciania w dwóch Prawych klapkach odciski się jej porobiły i po cichu miała nadzieję na drobną liberalizację państwowej polityki obuwniczej. No, ale przecież nie będzie się rozklejać z powodu jakiegoś tam łapcia. Skoro producent lewych nie chciał podpisać umowy offsetowej, to co rząd na to może, choćby się i starał? Po drodze do kościółka czy na plac zabaw z Nikolcią to zawsze jakieś pustaki się znajdą, ytongów czy palet stosik, to i przysiąść da się, i rozmasować. Jak się w lecie babka przydarzy na jakim trawniczku, łączce, można liściem palca zawinąć – czasem trochę na otarcia pomoże, częściej nie, ale przecież nie zaszkodzi. Taki sposób naszych babć, dawna mądrość.
A rzymianek i bez rzemyków przyda się – muchę klasnąć czy mola na etażerce, albo powachlować się, kiedy dzień upalny. Nawet bardziej elegancko niż, dajmy na to, samą ręką czy tam zwiniętym „Wesz-dziennikiem”.
– O! Woda spod ogórków potaniała! „Teraz dwa słoje w cenie trzech” – sylabizuje Kwapicha.
– I buraki z żywymi kulturami bakterii… W pół doby zakisić na barszczyk można. Jeśli zaczną grzać… „Przy zakupie powyżej siedemnastu kilo – gratisowy prezent”.
– Jaki?! Jaki prezent?! – Tym razem Ciotka chóralnie zainteresowała się ze Słojową.
– Książka.
– A. I tak mnie nie stać. Pięćset plus dopiero na wiosnę mają dać, a i to nie wiadomo, bo nowy program socjalny dla elektoratu pijącego będą wprowadzać. Dobrodzieje.
– Ano, dobrodzieje, dobrodzieje! – Zgadzają się (chórem) ze Słojową Kwapicha.
– Ale uważa pani. Tu pisze, że darmowy prezent także dla posiadaczy karty „Krecha plus”. Jeśli nie było zgłoszonej windykacji.
– No to może… – Waha się Ciotka. – A jaka ta książka? Z przepisami? Album na pamiątki?
– Nie. Piszą, że nowy besceler Xiędza Jacka. „Jedwabne”. A nie! To kolorowanka dla dzieci. A besceler – „Niepomszczone krzywdy, nieuprane gacie. Z dziejów Płockego Ruchu Narodowego Ciemiężonych (PRuNĆ)”. Tak. „PRuNĆ Pomścimy”. Nie. „Pomścimy” to wydawnictwo. I piszą, że nie tylko besceler, ale i nowość – od przedwczoraj na półkach.
– Fajny ten Jacek. I dziewczynę ma taką ładną. W „Reality” oglądnełam.
– Widziałyśmy, widziały! – Ciotka z Kwapichą chórem. – Ładna, ładna. Ale to uważać trzeba z ładną.
– No. Żeby utrzymał, bo to wiadomo, jak z dziewuchami.
– Wiadomo.
– Wiadomo. Synuś, jak pierwszy raz szedł siedzieć, mówi: „Mamusia nie denerwuje się, Renia o wszystko zadba, szlugi tam, grypsy”. A tyle jej widział! Zaraz się wokół jakiegoś zakręciła. Na rower poleciała i szmatki – jakąś tam kurtkę z ortalionu, farmerki. Pierwsze kłopoty w związku i fru! Teraz nie taka młodzież, jak kiedyś. Oni to używać chcą, bawić się tylko… Synuś już nie ten sam wrócił z odsiadki. Dziki się taki zrobił, nieufny…
– No, dziki, dziki. Wczoraj mi na klatce sikał do bezpieczników. Dobrze, że prądu nie ma, bo by…
– A co mi tu Słojowa wygaduje?! Synuś nie taki. Coś się Słojowej od przeciągów w głowie pomieszało!
– Mnie się pomieszało?!
– Pisali w „Reality” pod zdjęciem – próbuje załagodzić kłótnię Kwapicha – że to taka pierwsza miłość od pierwszego wejrzenia. Znaczy Xiędza Jacka i Justyny.
– Ech… - rozmarza się ułagodzona Ciotka.
– Ech… - dodaje w kontrapunkcie Słojowa.
– A moja Nikolcia to też raz prawie jednego złowiła…
– Xiędza Kanoniera!!! – Pęka ze śmiechu Słojowa, a Kwapicha aż za serce się łapie. – A Andżelika niech se Wikarego złowi, póki brzucha nie widać!!!!
– Aaaa! I tak nie mam miejsca na książki! Głupoty same! Gdzieś trzeba trzymać przetwory, jak piwnice zalało. – Rozzłoszczona znowu Eufronia ucina rozmowę. I chwilę milczą, ale niedługo. Bo w gazetce dużo do omówienia nowości – komplet pięciu Prawych skarpet z naturalnej wiskozy, szynka z gołębiny, sznurek konopny do gaci, kawa palona z żołędzi, tagliatelle o smaku makaronu. I sporo jeszcze innych atrakcji.
Od słowa do słowa jakoś tak wyszło, że się do Bierdony poszło, a do kościółka i tak się zdąży. Zwłaszcza, że pewnie zamknięty. („Z powodu gratisowej promocji bescelera X. Jacka Międlenia, informuje się, że w dniu dzisiejszym kościółek otwarty będzie jutro od rana. Niech Was itd. Wenera zawsze. X. Dobrodziej PS. W razie deszczu proszę nie włazić pod wiatę modlitewną. Teren prywatny!” – tak sobie Ciotka wyobraża kartkę na drzwiach, żeby się sama trochę usprawiedliwić)
Tak gdzieś zaraz za ruinami przedszkola zaczęło być widać koniec kolejki. Wiła się zakosami pomiędzy stosami jeszcze nierozkradzionych cegieł z rozbiórki żłobka, błotnistym bajorem w wykopie i powywracanymi kontenerami na śmieci. Komitet porządkowy już organizował kolejność, rozstrzygał spory, ingerował w bójki. Gdzieś od przodu pomachał do sąsiadek pan Celesty, widać od rana czatował na lepsze miejsca, a może po prostu przedstawił komitetowi jakieś papiery, żeby w ogonku awansować. Kto jego tam wie. Może znów komuś wcisnął, że Wnusio jest kapralem w Milicji Fidelis? Kto sprawdzi? A za bardzo w takich sprawach grzebać – wiadomo.
No, ludzie, jak to zwykle, towarzyscy, pogodni. Porozmawiają sobie o tym czy tamtym, pograją w gry różne. W Telewizji Narodowej i TV Trwam reklamują teraz dużo „dupniaka”, ale niektóre panie nieśmiałe, krygują się, więc w grę patryjotyczną to tylko kilku panów rozgrywa mecza, pozostali kolejkowicze to w „małpkę” chętniej. Albo – też patryjotycznie przecież – w „brzozową”.
Na wędkarskich krzesełkach rozstawili niektórzy plansze z tektury falistej – tu się pogra w szachy, tu w warcaby, tam w tryk-traka, gdzie indziej w chińczyka. Młodzi w prze-bierki, starsi w o‑bierki, bo bardziej głodni. Kwitnie hazard – trzy karty, kości; ci się siłują na rękę, inni silą na wesołość. Jakieś kobiety porobiły polowe kuchenki na trzech cegłach. Warzą w garach kaszę, grochową na smalcu, podgrzewają dżem o smaku truskawkowym albo i keczup z musztardą. Krążą sprzedawcy przekąsek – można za kopiejkę-dwie kupić bezglutenowego gofra z roztartych kasztanów, albo tubkę kleju biurowego do ssania dla dzieci. Jedna lewaczka otworzyła nawet kolejkową szkołę fitness i część czekających robi, stękając chórem, niezgrabne przysiady. Na to panie z Koła Akcji Nabożnej (Action Dévotionnelle) im. Marka, Jurka, Darka i Stefczyka zakontrmanifestowały: rzuciwszy na ziemię, co kto miał, dalej się wyginać w asany medytacyjne – „Caracal-nie-Poleci”, „Ordo-Luris”, „Kawa-Luris”, „Machorka-Zbutwis”. Jedna nawet „Bochaterom-Chrzęść-I-Pała”, ale akurat nie wyszło, bo się była za-chy-chwiała i w błoto rymła. I chrześci.
Wzdłuż ogonka posuwa się tymczasem boso pan w zniszczonym prochowcu. Co parę metrów poły rozchyla – co śmiechu, co pisków, co radości! Atmosfera piknikowa, jednym słowem. Tyle że czasem jakieś zamieszanie się wkradnie.
 Wody odeszły! – Ryknie nagle jakaś młoda grubaska. – Natychmiast ruch i szum, z ust do ust podają, że wody odeszły, już się część kolejki wycofuje, sprawdzać, co w piwnicach, czy coś z kartofli jeszcze się da dosuszyć, czy wózkarnie już dostępne. Pozostali, zadowoleni, podciągają do przodu, przepychają się, a nuż o jedno-dwa miejsca da się zaawansować, bo przecież dla wszystkich sznurka, kleju, ziarna na zacier nie wystarczy…
– Wody odeszły! – Jęczy ogarnięta obsesją młoda, ale już ją grzecznie dwóch młodych patryjotów za ręce, nogi bierze, na bok odciąga po błocie, między piołuny i nawłocie przekwitłe, niech trochę odpocznie na trawniczku, się uspokoi. Znów można o jedno miejsce troszkę podejść.
– Ty oszuście pierdolony! – rozedrze się tymczasem jakiś doliniarz, bo komuś portfel przejrzał i – za przeproszeniem Wenery zawsze – gówno tam znalazł, tylko obrazki z Sercem Apollinowym Gorejącym Bardzo Pobożne. – Ty złodzieju, chamie! – I już znów się kolejka dzieli, jedni za kieszonkowcem przeciwko oszustowi, drudzy za emerytem przeciwko złodziejowi, wszyscy swoje racje mają, swoje argumenty, zdanie swoje na każdy temat, a chyłkiem, to się starają jeszcze o dwa, trzy miejsca do przodu… Przepychanki, swawole – żebyż to co dzień takie atrakcje w naszym sandżaku!
            Ciotka z kumami też nie marnują czasu. Kwapisze udało się z jakimiś kobiecinami ze Slumsów im. Karczewskiego wymienić gazetkę na specjalny numer „Reality” z gratisem jeszcze nierozpakowanym. Dobra z Kwapichy sąsiadka, wyjęła z celofanu okrawek zwyczajnej, pilnikiem do paznokci podzieliła na trzy równe części, żuje Słojowa, żuje teraz Ciotka, żuje i Kwapicha. Żują i uwagi wymieniają.
– A jaki Ładny ten portret Pierwszego Prezesa na Brzózce powiesili!
A rzeczywiście portret Ładny, na tekturce falistej podklejony, w koszulce z plastiku, żeby nie zamókł, z dołączonym obrazkiem jeszcze jakimś prymicyjnym, modlitwą o wstawiennictwo u komitetu porządkowego. A obok ś.p. Ajatołach, jak malowany, cały w śladach szminki. A jeszcze obrazki wotywne błogosławionej Galadrieli Pawłowicz, protektorki naszej i opiekunki Osiedla im. Żoliborskich Prowodyrów. Brzózka niby nieoficjalna, zwyczajna, jak przed każdym sklepem, spółdzielnią, w podbutwiałej donicy z klepek paździerzowych, ale przez te kolejki to się jakby trochę miejsce Kultu Przenayświętszego zrobiło. I ludzie też co i rusz klękają, ale tylko niektórzy, bo miejsce w kolejce łatwo stracić. Więc Ciotka z drużyną lekko tylko głowy schyliły, Trykwetry Św. na piersi nakreśliły ciut ostentacyjnie, pomruczał po nosem, czy „Kaczkę Dziwaczkę”, czy „Białego Misia”… Czyli z szacunkiem, ale jednak ostrożnie, bo życie (i Bierdonka) ma swoje prawa.
Tego to chyba właśnie jakaś młoda matka-lewaczka nie wiedziała, bo jej pociecha, znudzona widać dreptaniem przez sześć godzin w miejscu, wyciągnęła spod kabatka samolocik z kartki zeszytowej i dalejże wokół Brzózki skakać, że niby lata, spirale, beki kręci. Ludzie zamarli, tylko dziecka rozweselony głos się niesie po placyku, pan Celesty coś przy komórce manipuluje i nie on jeden, z kolejki wyszedł jakiś niepozorny w burej marynarce, legitymację pokazał – Oprycznina Narodowo-Religijna. Matka nie protestuje. Wie, że nie upilnowała. Dziecko też wsiada do budy, zaciekawione, co się dzieje. Woźnica strzela z bicza, ktoś kucnął przestraszony. Fidelicjanci napięli bary, cała szóstka, jak jeden mąż, aż im się chomąta wżęły w ramiona. Ruszyła buda z upiornym skrzypieniem. Pojechali. O jedno miejsce do przodu.
O dwa. Okazuje się, że dziecko trzymało kolejkę dla babci.
*
Słońce już ostatnich kresów nieba dochodziło, kiedy kumy z Ciotką do drzwi Bierdonki dopchały się. Dobra nasza. Do zamknięcia jeszcze czas, jeszcze coś się ze stosów, koszy, łóżek rozkładanych, bułgarek, kobiałek, łubianek, palet wybierze. Wszystko jedno. Każde coś może się przydać do czegoś. Każdy wie.
            Przez szczelinę pomiędzy starymi numerami „W Sierści”, którymi zalepiono szyby, widzą sąsiadki, że na sklepie i Marka-ochroniarza brak, i znajomej kierowniczki. Niepokój. Jak jacyś nowi są, to może jacyś formaliści, albo co gorsza – złodzieye? Z ludźmi nigdy nic nie wiadomo – wiadomo. Naradzają się kumy po cichu, dołączają sąsiedzi z placu Dziwożon Gosiewskich, pół osiedla szepcze, a może i całe pół sandżaku nawet.
– Ja wiem – zdradza tajemnicę pani Zuza, zredukowana przedszkolanka. – Podobnież było tak – na pewno, bo Gertruda z byłej stołówki pracowniczej „Kłuszyn” mówiła Kazikowi z taczkowozowni, a Kazik mojemu wszystko powtórzył w sekrecie – że ten Marek i kierowniczka to razem wiecie… w magazynie, a ślubu przecież nie mają, no i ktoś zapukał, a ten Marek się przestraszył, a właśnie, wiecie, mieli niby już kończyć, no i on przerwał, kucnął, zasłonił się, ale za wcześnie czy za późno, dość, że ją za aborcję zamknęli, a jego za pomocnictwo. A jeszcze im prokurator przybił zniszczenie wózka widłowego, co od roku prowadził, bo akurat na tym samy magazynie rozpadł się od rdzy…
– No masz! – Mówi Ciotka. – Takie rzeczy! W naszej Bierdonce… Kto by pomyślał. – No i potępia, potępiają wszyscy, chociaż Ciotce na ten przykład trochę jakby żal, bo kierowniczka była nie taka zła kobieta, ochraniarz też nie najgorszy. Na przykład nie bił nigdy ostatnich klientów przed zamknięciem. Nawet różnych staruchów o lasce czy na wózku. Cierpliwie czekał, aż sami wyjście znajdą. A kto są ci nowi? Co będzie?
– Następne trzy osoby! Ruszać się, nie spowalniać! – Zaprasza tubalny głos nowego, więc Ciotka w rytmie, w rytmie Słojowa i Kwapicha też w rytmie z nimi zgodnym.
– Zaraz! Dokąd, kurwa wasza mać, tak szybko. Kartkę od spowiedzi pokazać!
– Ale ja byłam… – Mówi Ciotka prawie szeptem…
– Byłem w rijo, byłem, kurwa, w bajo. Kartka albo wynocha! – Informuje ochroniarz.
– Ale ja jestem przewodniczącą Koła Babek-Polek na naszym osiedlu… – Ochraniarz ręką jak bochen spokojnie odpycha Ciotkę i nawet nie przeszkadza jej samodzielnie wywrócić się w błotnistą kałużę. Podnosząc się na kolana Eufrozyna widzi, jak Kwapicha triumfalnie wyciąga jakiś świstek z torebki i podaje panu na bramce.
– A teraz kopia notarialna karty wyborczej!
Słojowa chyba zrezygnowała z zakupów, bo chyłkiem wysuwa się z kolejki, że niby Ciotkę pod łokieć i żeby podnieść. Blada Kwapicha cofa się o krok, ale ochraniarz już torebkę wyrwał, z torebki zaś – resztki zamka, wywala, co było, w błocko i z wody otrząsa jakiś dokument.
– No i proszę. Się głosowało… I na kogo… – Stwierdza spokojnie. Jakiś facecik w burym garniaku wysuwa się z kolejki, pokazuje legitymację. Z bramkarzem biorą zmartwiałą Kwapichę pod ramiona i wciągają w czeluść sklepu.
            Słońce właśnie zaszło, potężna łapa wywiesza od środka kartkę z kulfoniastym „ZAKNIENTE”.
– Pochwalona, pochwalona, Wenera zawsze! – Szepcze Słojowa i drży. Do kościółka? Nie, nie pójdą już dzisiaj. Nieczynny o tej porze. Będą się przemykać na swoją ulicę. Po cichu, po ciemku, na pół ślepe, roztrzęsione, na w pół żywe. Biedne moje trusie, myszki mocherowe moje…
*
Zmieniłem zdanie. Nie będą. Gromkie ciotczyne: „No żeż kurwa mać!” budzi pół osiedla, przerażony Dziad Eligiusz zrywa się gdzieś na zatorzu i nawet Xiądz Kanonier we śnie drży.


Marysia poleca także wcześniejsze przygody Ciotki Eufroni w Najbardziej Patryjotycznym z Sandżaków, na przykład:




czwartek, 6 października 2016

Dramat X. Skargi!



Jeszcze jeden dowód, że podłość i przewrotność małopolskiej masonerii nie ma sobie równych! Dan Brown by czegoś takiego nie wymyślił! Marysi udało się udokumentować, w jak podły sposób zakamuflowana opcja boyowska i żeleńska obraża Naród Polski i jego duchowego Oyca - X. Piotra Skargę! Odraza! 

wtorek, 4 października 2016

(6) Rześki poranek Dziada R. Eligiusza

Jakiś gbur kopnął ogryzek i trafił Eligiusza w sam nos. Wobec tego Dziad Dyplomowany Radziwiłł Eligiusz otworzył Prawe i zaraz potem lewe oko, a następnie uniósł się trochę na posłaniu i łokciem się podparł.
– Dzień dobhy, kuhwa. – Sapnął sam do siebie i jął się na nogi ghamolić.
Pora była już najwyższa. Całkiem widno się zrobiło, syreny fabryczne wyły, przypominając o godzinie zamachu na katastrofę, ludzie spieszyli stać w kolejkach po pięćset plus, a na domiar złego jakieś pijaki zamoczyły w nocy Dziadowi posłanie, pracowicie uklepane ze sfilcowanych numerów „Wesz-dziennika”.
– Nie masz pan jeszcze jakichś zwhotów? – Zagaił w związku z tym Dziad do kioskarza.
– Bierz se pan, ile wola. W kurwę tego leży za kioskiem. W zimie to przynajmniej ludzie na onuce biorą, a teraz… Chuj, panie, nie interes. Jeszcze mi psy srają na to.
– Bóg zapłać, dobhy człowieku! – Ucieszył się Dziad. – A nie kupiłby pan ohdehu? Za pahę kopiejek oddam, niedhogo.
– No, pokażże pan. – Zaciekawił się kioskarz. – Jaki order?
– Ba! Złoty. Za Zasługi dla Obhonności Khaju.
– Bujdy. Jakiego znowu kchaju?
– Panie! Naszego khaju. Obejrzyj pan i dawaj pół hubelka, a nie: jaki? jaki?
– Hmmm… Wygląda jak prawdziwy – mruknął kioskarz niewyraźnie, bo równocześnie zębem badał próbę aluminium. Nie mam jeszcze w ofercie, to dam panu czterdzieści kopiejek.
– Cztehdzieści?! Panie! Złodziej by mnie dał przynajmniej siedemdziesiąt pięć! Z takiej blachy, panie, to o! jaką łyżkę ładną można sobie wyklepać kamieniem! – Tu Dziad jął zza onucki wyciągać całkiem zgrabny zestaw sztućców własnej roboty.
– Ja złodziej?! Żebym ci zaraz dziadu jeden ze grzywy nie kręgielnął! Mówiłeś przecież dopiero co, że pół rubla?!
– Strzyknąć, smahkaczu, to chyba ja ci mogę! Niech będzie z moją sthatą za pół hubelka i przybite. Powiedzmy, że phomocja.
– To przybite. Lubię z panem interesy robić, panie Eligiuszu. A skąd ten order, jeśli można spytać?
– A żadna tajemnica. W aptece mnie zamiast heszty wydali. Do leków bezpłatnych. Zawsze oszwabią. Złodzieje.
– Ano – złodzieje, złodzieje – podsumował kioskarz i wrzucił blachę do kartonika pełnego różnych śmieci.
– O! A tu to mam coś dla pana w prezencie, panie poruczniku. – Wyciągnął z pudełka stary wędkarski błysk. – Mnie to dzieciaki z tej kamienicy na Leppera zostawiły na wymianę. Za plakietkę „Wembley 73 Pamiętamy!” i za „Purpurową Mosznę”.
– Panie Genku, to ja pana dłużnikiem teraz będę!
– A w żadnym razie, panie Eligiuszu! My, weterani, to się wspierać musimy, inaczej całkiem nas te złodzieje zamorzą.
– A to Bóg zapłać! I pochwalona Wenera zawsze!
– A pochwalona!


Marysia poleca także obszerniejsze migawki z życia Falangisty Wyklętego Radziwiłł Eligiusza w naszym sandżaku:


Z poniedziałkowych przemyśleń...


poniedziałek, 19 września 2016

PiS i OIOM - dwa bratanki :)


Dwa suchary medyczno-analne. 
Pierwszy podsłuchany z tydzień po wyborach, drugi w internecie robi furorę od wczoraj (m.in. na Soku z buraka).

- Kaczyński trafił na OIOM...
- ?!!!
- Musieli mu szydło wyciągać z dupy...


Ziobro w aptece:
- Poproszę czopek.
- Jaki?
- Może być...