Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przypadki Dziada Eligiusza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przypadki Dziada Eligiusza. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 października 2016

(6) Rześki poranek Dziada R. Eligiusza

Jakiś gbur kopnął ogryzek i trafił Eligiusza w sam nos. Wobec tego Dziad Dyplomowany Radziwiłł Eligiusz otworzył Prawe i zaraz potem lewe oko, a następnie uniósł się trochę na posłaniu i łokciem się podparł.
– Dzień dobhy, kuhwa. – Sapnął sam do siebie i jął się na nogi ghamolić.
Pora była już najwyższa. Całkiem widno się zrobiło, syreny fabryczne wyły, przypominając o godzinie zamachu na katastrofę, ludzie spieszyli stać w kolejkach po pięćset plus, a na domiar złego jakieś pijaki zamoczyły w nocy Dziadowi posłanie, pracowicie uklepane ze sfilcowanych numerów „Wesz-dziennika”.
– Nie masz pan jeszcze jakichś zwhotów? – Zagaił w związku z tym Dziad do kioskarza.
– Bierz se pan, ile wola. W kurwę tego leży za kioskiem. W zimie to przynajmniej ludzie na onuce biorą, a teraz… Chuj, panie, nie interes. Jeszcze mi psy srają na to.
– Bóg zapłać, dobhy człowieku! – Ucieszył się Dziad. – A nie kupiłby pan ohdehu? Za pahę kopiejek oddam, niedhogo.
– No, pokażże pan. – Zaciekawił się kioskarz. – Jaki order?
– Ba! Złoty. Za Zasługi dla Obhonności Khaju.
– Bujdy. Jakiego znowu kchaju?
– Panie! Naszego khaju. Obejrzyj pan i dawaj pół hubelka, a nie: jaki? jaki?
– Hmmm… Wygląda jak prawdziwy – mruknął kioskarz niewyraźnie, bo równocześnie zębem badał próbę aluminium. Nie mam jeszcze w ofercie, to dam panu czterdzieści kopiejek.
– Cztehdzieści?! Panie! Złodziej by mnie dał przynajmniej siedemdziesiąt pięć! Z takiej blachy, panie, to o! jaką łyżkę ładną można sobie wyklepać kamieniem! – Tu Dziad jął zza onucki wyciągać całkiem zgrabny zestaw sztućców własnej roboty.
– Ja złodziej?! Żebym ci zaraz dziadu jeden ze grzywy nie kręgielnął! Mówiłeś przecież dopiero co, że pół rubla?!
– Strzyknąć, smahkaczu, to chyba ja ci mogę! Niech będzie z moją sthatą za pół hubelka i przybite. Powiedzmy, że phomocja.
– To przybite. Lubię z panem interesy robić, panie Eligiuszu. A skąd ten order, jeśli można spytać?
– A żadna tajemnica. W aptece mnie zamiast heszty wydali. Do leków bezpłatnych. Zawsze oszwabią. Złodzieje.
– Ano – złodzieje, złodzieje – podsumował kioskarz i wrzucił blachę do kartonika pełnego różnych śmieci.
– O! A tu to mam coś dla pana w prezencie, panie poruczniku. – Wyciągnął z pudełka stary wędkarski błysk. – Mnie to dzieciaki z tej kamienicy na Leppera zostawiły na wymianę. Za plakietkę „Wembley 73 Pamiętamy!” i za „Purpurową Mosznę”.
– Panie Genku, to ja pana dłużnikiem teraz będę!
– A w żadnym razie, panie Eligiuszu! My, weterani, to się wspierać musimy, inaczej całkiem nas te złodzieje zamorzą.
– A to Bóg zapłać! I pochwalona Wenera zawsze!
– A pochwalona!


Marysia poleca także obszerniejsze migawki z życia Falangisty Wyklętego Radziwiłł Eligiusza w naszym sandżaku:


piątek, 26 sierpnia 2016

(5) Ciotka Eufrozyna spotyka Centkiewicza

Ciotka Eufronia zerwała się lepka od potu. Zrzuciła barchanową kołdrę na PCV i nie otwierając oczu próbowała wymacać pilota. Udało się – kojąca melodia głosu Proboszcza Purchaweczki wypełniła pomieszczenie.
Musiała się Ciotka strasznie rzucać we śnie, bo zrobiła sobie oczko w rajstopie, a jeden sandał przeleciał przez pokój i wywrócił wazonik z zaschniętą różą. Powoli usiłowała rozkleić powieki, a pod nimi wirowały jeszcze ostatnie obrazy koszmaru. Ogromny, Czarny Wielkolud – Tumbo z Przylądka Dobrej Nadziei – gonił ją po pokładzie parowca wycieczkowego „Warszawska Wenera” i bódł w pupę rogiem, chłostał grubym, czarnym ogonem. A co chlaśnie, Ciotka zadrży! A co śmignie, Ciotka w jęk! I nawet jej się podobało, ale cały czas ta dręcząca myśl, czy się Srogi Apollo nie rozsierdzi, czy Wenera zawsze nie ukarze, czy do twarzy jej w tym samodziałowym bikini, czy Słojowa nie rozgada z zazdrości…
– Sen-mara, Bóg-wiara! – Westchnęła Ciotka. – A właściwie wcale to nie takie straszne było. Wspomniała z rozrzewnieniem swojego Antka, co go sąsiadki i szwagierka nazywały „Palownikiem”. Podgłośniła TV Tkwię, rozłożyła dywanik modlitewny i dla umocnienia ducha chciała przyjąć asanę Prawa-i-Sprawiedliwa. Cóż, kiedy jakoś sama z siebie wyszła Rozważna-i-Romantyczna… Spróbowała ponownie, a tu – z przeproszeniem Wenery zawsze – Dupa-i-Uprzedzenie.
Zirytowana Ciotka sprawdziła kompasem, czy dywanik ułożony w stronę Częstogrzebia. Ułożony. To przekręciła w stronę Turonia – też święte miasto, najświętsze. Spróbowała znowu – znów nici. Zerwała kartkę z kalendarza i sprawdziła, czy dzień nie feralny, szabas jakiś czy inny ramadan. No, nie – normalnie, patroni: św. św. Żalek i Muchomorek, patronki: bł. Galadriela Pawłowicz i sługa Apollinowa Beata Mazurek-Kajmak. Cieki wodne zmieniły bieg po przedwczorajszej powodzi? Różdżka nie drgnie, wahadełko milczy jak zaklęte. A Ciotka, jak się nie mogła pomodlić, tak dalej się nie może. Tumbo i Tumbo.
Podgłośniła Ciotka jeszcze telewizor – szczęśliwie akurat Apel Żoliborski czytali. Przeniosła kryształ z komódki, strzepnęła kurz z dzierganej serwetki i walnęła pięścią heterodynę, żeby Radio Wenera zaskoczyło. Zaskoczyło. Jak zwykle. Z Prawego Kąta ryczy TV Tkwię, z – za przeproszeniem Wenery zawsze – lewego: Radio Wenera. Dywanik odwróciła w stronę Świętej Góry Wywalu. Klęka, gnie się, zaplata. Nic! Jak sparaliżowana: ani pozycja Żołnierz-Wyklęty, ani Narodowe-Siły-Unasienniania-Bydła, ani Apollo-Królem-Kraju-Polan. Nie odmówi Ciotka porannych modłów – a to ciężki grzech! Miała się zerwać jak oparzona i – znowu – jakby sama z siebie ułożyła się w asanę Dziewczynki-które-nie-szanują-swego-ciała. Zgroza!!! Pachnie herezją. Dobrze, że okna zaklejone „Gazetą Polską”, bo Słojowa już by doniosła.
Poczłapała do kuchni zaparzyć ziółka, ale przypomniało jej się, że powódź wypłukała z elewacji ostatni krzaczek mięty. Zrezygnowana zamknęła lufcik, a wówczas wzrok jej padł na plastikową torebeczkę z zatrzaskiem, porzuconą pod stołem. Synuś zioła przygotował przed wyjściem! Jaki on jednak kochany jest, choć niesforny taki… Szybko zaparzyła Eufrozyna kubek naparu. Potem jeszcze dwa. Trza korzystać, póki woda jest. I od razu nowy duch w Ciotkę Eufronię wstąpił. Weźnie se siaty, podleci na ryneczek, zrobi zakupki, a może i przedkupki… Co ja? Pomyślała Ciotka i spojrzała na kupeczek… Przestało jej smakować, ale za to tak strasznie się śmiać zachciało! Ni stąd, ni z owąd kręci Eufrozyna bekę – idzie i pokazuje, jak kręci. Nikt nie patrzy? Smutno. Zapuka się do Andżeliki!
– Co mamusia?! Drzwi!!! – Wita się grzecznie Andżela, zasłaniając piersi derką, a kolega bąka coś nieskładnie na dzień dobry i pochwalony.
– A! Drzwi! – Cieszy się Ciotka i pokazuje na drzwi. A potem pokazuje, jak kręci bekę, i kręci bekę. – Pochwa-, pochwa-, pochwalooooony! – I znowu w brecht i rechot. I jeszcze w brechot.  – Daj ci Andżelka pledzik upiorę – szarpać zaczyna.
– To ja już pójdę…  – Grzecznie zagaja kolega.
– Ja-, ja-, ja-, ja-, jajusz! – Eufrozyna jest rozanielona. Jaki miły chłopak. Prawie jak Tumbo!
–  Mamusiasięwyniesie!!! – Grzecznie kontynuuje Andżelika, macając pod łóżkiem w poszukiwaniu podkoszulka. Z tych nerwów, to jej się aż bejsbolówka przekrzywiła.
– Ładne oczy masz! Komu je dasz?!!! Jedasz, jedasz!!! – Drze się Ciotka już w drodze do kuchni.

*

Był taki czas w życiu Ciotki Eufroni, że więcej niż w kościółku przesiadywała w dziale dziecięcym osiedlowej biblioteki, która jeszcze nawet nie nazywała się pod „Św. Yohananem Logotetą”. Dziś chodniczek przed nią porastają krzaki ałyczy, kępy rdestu, końskiego szczawiu i nawłoci, ale wówczas tętniła ukrytym życiem i była cichą przystanią dla kilkorga dzieci z kluczem na szyi.
Ciotka nie przylazła tu całkiem przypadkiem. Zanim jeszcze dopadł ją ten koszmarny ból głowy, przeczytała na drzwiach bloku, że akurat dziś w bibliotece będzie spotkanie z Autorem Centkiewiczem. To ten od Tumba! – Ucieszyła się Eufrozyna. Działanie mięty powoli jednak ustawało i zgromiła się sama za tę nieprzystojną myśl. – Nie pójdę! – Zdecydowała. Dość nieszczęść na jeden dzień.
Ale wiadomo, jak to jest. Łeb naparza, zakupki się same nie zrobią, w dodatku zaczęła Eufrozynę męczyć Andżela. Co właściwie robił tam ten Tumbo-kolega? Usiłuje sobie Ciotka wytłumaczyć, że hymny ćwiczyli przed Poranną Yogą. Ale że bejsbolówka przekrzywiona? To do Andżeliki niepodobne… No, dobrze chociaż, że Nikolka na koloniach w poprawczaku. Dość ma to dziecko ciężkie życie i tak.
Tak to rozmyślając, a usiłując jednak nie rozmyślać, z głową obolałą i z lekka otumaniona, szła Eufrozyna, szła, dreptała, tu wdepła, tam wdepła, tam i siam jeszcze wdepnęła, odwiedziła Caritas, nie odpowiedziała na dzień dobry Słojowej, aż ocknęła się pod drzwiami biblioteki. Św. Yohanan Logoteta spojrzał na nią groźnie z szyldu. – A czego tu?! – zdawał się pytać.
– A wal się! – Odrzekła Ciotka i tak się przelękła własną bezbożnością, że aż uczyniła chyłkiem Znak Trykwetru. – Wbiegła do biblioteki, jakby ją kto gonił, i dysząc postawiła siaty za zeschniętą palmą.
Spotkanie już się zaczęło. – Młody jakiś ten Centkiewicz. – Pomyślała Ciotka i ze złością zlustrowała baby wmaślone wzrokiem w przystojnego Autora. – O! Słojowa już tu była. A taka świętoszka!
Pisarz, choć minął już trzydziestkę, łysiał tylko trochę na zakolach i czubku niewielkiej czaszki. Myślącym wzrokiem wodził czasem po sali i powłóczystymi spojrzeniami uwodził słuchaczki oraz pana Celestego w pierwszym rzędzie. Tylko Dziad Eligiusz chrapał na posłaniu ze starych  „Uwarzamrze” usypanym za półką „Literatura kulinarna i o dzierganiu”.
Autor nosił się z angielską elegancją – sztruksy miał wytarte na kolanach, na łokciach marynarki z elany naszyte lateksowe łaty. Zerówki na nosie – w disajnerskiej oprawie z drutu i kartonu – trochę ocierały mu się o zaczerwienioną krostę. Lakierki lśniły jak – z przeproszeniem Wenery zawsze – psu oczy na widok redaktora Siemki. A dzięki przykrótkim nogawkom człowiek zwracał raczej uwagę na zrobione na drutach skarpetki, a nie na przyszwę polepioną taśmą „Skecz”.
–  Bolek-Bolek-Bolek – ciągnął Centkiewicz swój wykład monotonnym głosem. – Bolek, Bolek! – ożywił się radośnie.
– Ale czy Bolek? – Przerwała wykład Słojowa i uśmiechnęła się przymilnie.
– Bolek! – Zagrzmiał Pisarz. – Bolek! Bolek! Bolek! Bolek!
– Bolek! – zaszumiały ze zrozumieniem Panie.
– No przecież, że Bolek! – Ofuknął je pan Celesty.
Panie znów zaszumiały, rozszumiały się wierzby płaczące, rozpłakała się Słojowa w głos (a przy tym, ocierając oczy chusteczką, zerkała zalotnie na Autora).
– Bolek! Bolek! Bolek! Bolek! Bolek! Bolek! Bolek! Bolek! – Grzmiał w świętym uniesieniu Centkiewicz.
– Bolek! Bolek! Bolek! Bolek! – Niosło się aż do pomieszczeń grzewczych, nieczynnych o tej porze stulecia. Euforia ogarnęła salę. Krzyki wzmogły się, aż książki zaczęły spadać z półek.
– Tumbo! – Rozległ się nagle nieludzki ryk zza regału. Gwar zamarł. Szron pokrył warstwy „Gazety Polskiej” przyklejone na oknach i chroniące PCV przed zabłoceniem. Zimy powiew wpadł z pomieszczeń grzewczych. Uśmiech na ustach zamarł Autorowi, Słojowej, wszystkim Paniom.
– Tumbo! Tumbo! – Zaryczał znowu Dyplomowany Dziad Miejski i Falangista Wyklęty Eligiusz Radziwiłł, gramoląc się zza regału. – To „Tumbo”! Spadł mi, kuhwa, na głowę! Sto lat tego w hęku nie miałem! Tumbo! Kuhwa! Tumbo! Tumbo! Tumbo!
Ale ciotka już nie słuchała. Gnała jak opętana w kierunku kościółka, a za nią galopował wyuzdany duch Wielkiego Czarnego Tumba i chłostał Grubym Czarnym Ogonem. A jak chlaśnie, Ciotka stęknie! A co smagnie, Ciotka jęknie! Zimne i gorące dreszcze, szalone podniecenie, strach i wizja śmiertelnego grzechu za nią! Więc do kościółka, do kościółka galopem! Dawno zostawiła za sobą klapki, a siaty w ogóle nie zdążyły biblioteki opuścić. Już widać minaret, już widać pylony kościelnego podworca!
Tylko czegoś taśma biało-czerwona w poprzek wejścia. I kartka wyrwana z Księgi dziękczynień i pochwał: „Na wniosek Kółka Pań w dniu dzisiejszym kościółek nieczynny z powodu ważnego, cennego wykładu profesora Bolka Cenckiewicza w bibliotece. Apollo z Wami i Wenera zawsze! X. Kanonier”.
– No, żeż kurwa. – Powiedziała spokojnie Ciotka.

*

Niezastąpiony Synuś jeszcze nie wrócił z aresztu, więc Eufrozyna sypnęła sobie pół kupka mięty z torebeczki. Odkupi mu, jak wypłacą pięćset plus na Nikolkę. Do marca powinni się uwinąć.
Mięta uspokaja. Ciotce udało się nawet pogodzić z Tumbem. W końcu, kiedy jeszcze byłą panienką, też jej się śnił codziennie. A co za to można, że się przyśni? Leży zwinięta na dywaniku modlitewnym w pozycji Dzikość-Serca i pochlipuje przez sen. Czasem do Antoniego westchnie, czasem do Tumba, czasem do obu na przemian. Zostawmy Ciotkę w spokoju teraz. Przyda jej się chwila intymności.
A co się stało w bibliotece, opowie jej pewnie Dziad Eligiusz. Jak se już zdejmie gipsy.



*

Stryj Wincenty poleca inne przygody Ciotki Eufrozyny:

(1) Antoni ma długi

(2) Antoni ma krótki

(3) Bibuła


czwartek, 4 sierpnia 2016

(4) Dziad Eligiusz wstępuje do Powstańców Narodowych


Słońce już ostatnich kresów nieba dochodziło, gdy Eligiusz Radziwiłł znalazł jakąś słabo zabezpieczoną klatkę schodową i rozścielił sobie wycieraczki na najwyższej kondygnacji bloku imienia „Dudziaczka” Dursleya. Gumowe położył pod spód, a słomiane – na wierzch. Na całość rzucił derkę, która jakoby służyła niegdyś do okrywania Kasztanki Marszałka. Tak w każdym razie twierdził pewien Wyklęty, co mu ją odsprzedał, ukradłszy pierwej z Muzeum Doktryn Wojennych pod wezwaniem św. św. Antoniego i Kupały.
Westchnąwszy z ulgą Eligiusz walnął się na barłóg, przykrył watówką i usiłował zasnąć, ale różowo-żółta lampa sodowa na sąsiednim bloku strasznie waliła mu po oczach.
– Psia mać! – Pomyślał Eligiusz. – Wszystkie na dzielnicy stłuczone, a ta jedna choleha akuhat musi hazić. W dodatku phąd włączyli. Kiedy wczohaj wybhali się z „Kobhą” kiełbie głuszyć wysokim napięciem, to jak haz nic nie było. Szlag!
Wypełzł ze swego gniazdka i resztkami starego scotcha poprzyklejał na szybie strzępy „Uwarzamrze” wyciągnięte z Prawego trzewika. Teraz lepiej. Zwinął się w kłębek, ale znów zaczął go w bok uwierać mapnik. Odpiąłby, ale Wetehan, Nadchohąży, Pensjonowany Falangista i Pathyjota z mapnikiem się nie hozstaje. Trzyma w nim mapy, pamiątkowe hozkazy dzienne z ZUS-u, a jak kiedy znajdzie, to i sahdynkę czy kawałek pizzy. Ale mapy najważniejsze – poślinionym ołówkiem naniósł na nie kwatehy (najlepsze te przy węzłach ciepłowniczych), miejsca dyslokacji (wytrzeźwiałka, schhonisko), punkty zaopatrzenia (na tyłach stołówki phacowniczej „Kłuszyn”; przy stawie z kiełbiami; pod pahtehową kawalehką Słojowej, co jak gotuje, okien nie zamyka). Więc trzeba na dhugim boku, ale na dhugim boku maniehka ujęta w specjalny pokhowiec z czapki z pomponem. Maniehka – święta rzecz, bo zawieha PZU(P), Podstawowy Zapas Uzupełniania (Płynów). Odpiąć nie można.
Zatem na plecach jednak. 
W sodowym blasku lampy, który przeciska się pomiędzy krawędziami framugi a płachtami „Uwarzamrze” Dziad widzi zacieki i pęknięcia na suficie, jak obrysy dalekich lądów, które odwiedzać dane mu było tylko we śnie. Słoneczna Tahiti, gdzie kobiety o ciężkich piersiach tańczą ubrane jedynie w naszyjniki z orchidei. Wyspy Kitaju i Sipangu, gdzie nieśmiałe piękności parzą herbatę w barwnej porcelanie, wzmacniając ją solenną porcją „Żytniej” i zamiatając deski podłogi długimi, czarno-granatowymi włosami. Ziemia Ognista, gdzie nagie indiańskie olbrzymki smali diabelski płomień, który ostudzić mogą jedynie pocałunki Dziada, stającego na palcach, na naprężonych łydkach, by dosięgnąć wargami... Eldorado, gdzie kasy jak lodu, babki lecą wyłącznie na urodę i nie ma potrzeby troszczyć się o półliter, bo rzeki płyną mlekiem, miodem, grochówką, korytem, do morza, po polskiej krainie, ej! no reset żeż: żurem, harą i bełtem, a kaczor jest słowem nienotowanym w słownikach… Reset. Błądzi coś ten sen, na manowce wodzi… Xanadu, gdzie Kubłaj-chan, nie, no na cholerę ten tu!, gdzie złotolice, skośnookie Amazonki dosiadają mężczyzn na oklep, chłoszcząc ich jak nahajką czarnymi warkoczami. Indie, gdzie studentki Kamasutry…, nie brak też lubieżnych pszeniczno-białych studentek kulturoznawstwa ze Skandynawii, no więc… rwie się wątek…
Wątek rwie się, bo coś łomocze. Rozwiera Dziad lewe oko z potwornym zgrzytem. Potem i Prawe. Powoli wraca do rzeczywistości. Coś łomocze. Drze ryja jakiś dżentelmen (która to godzina?).
 – Otwórz pan, mówię, po dobłoci, bo będziemy drzwi wywarzać!
Eligiusz wychylił się cokolwiek, zerknął przez pręty poręczy. Pododdział fidelicjantów-tarczowników szturmuje dźwieże pół piętra niżej.
         – Panie, no bądź Pan człowiek, otwiełajże te cholełne drzwi.
– Bo siły użyjemy!
Stało się. Tęgi funkcjonariusz wyskoczył zza pleców Towarzyszy, zamachnął się bejzbolem i rąbnął we framugę.
Pękła pała, odbiła, trafiła milicjanta w łeb. Zadudniło aż na obrzeżach Spółdzielni Mieszkaniowej pod wezwaniem Rządu Żoliborskiego.
– Łanny milicjant! Powtarzam: Łanny milicjant! Podaj dalej! – Od ust do ust biegnie komunikat w dół schodów, aż na dole rozlegnie się gromki okrzyk: „Czekolada E. Wedel. Czekolada E. Wedel. Przyślijcie posiłki, mogą być ze stołówki!”.
Rozeźleni fidelicjanci hurmem napierają na drzwi. Któryś naciska klamkę. Wpadają do środka. Walą się pokotem.
– Łanny milicjant! Powtarzam: łanny milicjant! Podaj dalej!
– A fuj!!!
– Który to?!!
– Ja nie!
– Nie ja!
– Kto pierwszy czuje, ten produkuje!
– W ryj?!
– Spokój tam!
– Szefie! Figurant nie oddycha!
– Ołchidea twoja mać! Co ty mi tu za ołchidelone bzduły ołchidoisz?! Jak, ołchidea, nie oddycha, zołchideisyn jeden?
– No nie i finito.
– Ołchidea. Stołczyk. Calathea. Bugenwilla. Wyka. Łubin. Cały, kułwa, bukiet chabłów. To co łobimy?
– Szefie…
–  No?
– Podstawka?
Jak by to w skrócie ująć? Nie miał dziś szczęścia Dziad Eligiusz. Najpierw pielgrzymka od klatki do klatki. Wszędzie barykady, zasieki, umocnienia, granaty na drucie kolczastym porozwieszane. Jak wreszcie znalazł ten blok – imienia „Dudziaczka” Dursleya, pewnie przez zniedołężniałych starców zamieszkany – to musiał kwadrans scyzorykiem manipulować przy skrętkach drucianych i jakichś działkowych kłódkach. Potem ten reflektor wespół z mapnikiem i manierką, potem piękna ułuda przerwana dzikim rykiem… A teraz on – Wetehan, Pensjonowany Nadchohąży Falangi i Pathyjota z Censusem – został zaangażowany za zwykłego figuhanta.
– Ha! Tuś się ukłył złotko!
– Cwaniula w gajdy-dudy dmuchana!
– We, mu przykop na dzień dobry!
– Na dobranoc chyba? Chły, chły, chły!
– Panie oficerze, to jakaś pomyłka, ja jestem…
– Ręce, kurwa, głowa, nogi, ręce, gleba, kurwa, nogi!!!!
– Dam ci ja załaz pomyłkę, powstańcu jeden!
– Jak?! Gdzie?! Panie! Jaki ja…
– Stulić mołdę! Wzwód?! Notujesz zeznania!
– Ta-jes!
– Nazwisko?
– Hadziwiłł Eligiusz, Wetehan…
– Wzwód, piszesz? Tyczkiewicz Kazimierz, pseudonim „Walełjana”, podpołucznik zgłupowania „Czełemcha”, lat dziewięćdziesiąt siedem. Zeznaję, że nie stawiłem się w Ministełstwie w spławie odebłania zestawu Ołdełów Nałodowych z Głatisem, ponieważ zaangażowany byłem w tym czasie czynnie w ołganizację małatonu „Oddech dla lesbijek” ołaz dłukowanie błoszuł o tłeści jawnie nałuszającej przepisy ustawy z dnia itd. „O niedłukowaniu błoszuł”. Zapisałeś?
– Ta-jes!
– Łenty powstańczej nie pobiełam, ponieważ płowokacyjnie i fałszywie utrzymuję, że – i bluźniełczo, dopisz, bluźniełczo – że koszta dojazdu tłolejbusem do Ministełstwa przekłaczają wysokość świadczenia, a poza tym tłolejbusy nie chodzą… No to cię mamy, płowokatorze jeden!
– Panie Pułkowniku!
– Stul łyja! Kapłalu…
– Panie Kapralu…
– Stulić ten łyj! To ty sobie myślisz, Tyczkiewicz…
– Hadziwiłł!
– Łyło zawrzeć!!! To ty sobie kombinujesz, że jak nie z oficełem masz do czynienia, to może coś ugłać umiesz?! Do woła zołchideisyna i żeby mi, ołchidea wasza matka chrzestna, ani młu-młu, bo spuszczę wam, bugenwilla, na bławatki!
* * *
– A z którego pan zgrupowania? Bo twarz jakby trochę znajoma…
– Panie, ja tu całkiem przez pomyłkę… – zamrugał Dziad sinym okiem.
– To jak my wszyscy. Bo ja z „Jarzębiny”. Kapral podchorąży „Adam Bahdaj”, w cywilu Edmund Niziurski, zecer. W propagandzie robiłem.
Eligiusz westchnął. Co tu począć z tą bandą wariatów?
– Tyczkiewicz, „Walehiana”. Z „Czehemchy”.
– Kaziczku, to ty naprawdę?!! W życiu bym… Nie poznajesz mnie? Chłopaki!
– Czego, do cholery?!
– Szowinista!
– Przepraszam, „Justyno Orzelska”. Dziewczyny i chłopaki!
– Czego, do cholery?!
– Czego, do cholery?!
– Porucznik Kaziczek z nami! „Rozszumiały się wierzby płaczą-ące, rozpłakała się dziewczyna w głos!”.
– Szowinista!
– Przepraszam, „Justyno Orzelska”. „Rozpłakały się osoby płci męskiej, żeńskiej, homo-, bi- i transseksualne w głos!”.
– Zamknąłbyś się?
– Słyszałeś o  izosylabizmie, analfabeto?!
– I nie bądź taki układny!
– Przepraszam, „Słowacki”. Przepraszam „Justyno Orzelska”.
– Jezu!!!
– Ten pan kłami. Nie ufa nam. Ja jego znam. On ze mną pod Kalinowskim badziałsię, w oddziali „Mohorta”.
– Który to powiedział, bo ciemno?
–  Ja.
– Panie, to nieporozumienie jakieś, ja…
– Bzdury, Waszmość, wygadujesz! On przewodził buntowi w Irkucku w 1887, dobrze jego zapamiętałem.
– Ależ nigdy w życiu – przecież to nasz kolporter, w 1905 uratował się przy wpadce „Robotnika”, przez okno skakał, sześciu „fijołów” zastrzelił…
– Socjał!
– A ty co, oczajduszo narodowa?! 
– To nie ten, tamten się wysadził z Sowińskim.
– Sowiński nie żyje?!
– Panowie, ja…
– Szowinista!
– Przepraszam, „Justyno Orzelska”. Panie, Panowie, Osoby Homo-, Bi- i Thansseksualne, to jest…
– A wiecie, co? Mnie wydaji się, że my jego w ogóli nie znamy…
– Prowokator?!
– Prowokator!
– Kapuś! Ani chybi, kapuś! Ha! Mów Pan, co tam na szerokim świecie? Nalejcie Panu czaju!
– Prądu nie ma.
– A niech to kule biją! Zapomniałem… To zaśpiewajcie mu coś chociaż i niech gada.  
* * *
Oj, długo w noc ciągnęła się opowieść Dziada. Powstańcy słuchali w zamyśleniu, starając się zrozumieć zmiany, które zaszły w Najjaśniejszej Republice podczas ich odsiadki. „Tholejbus”, „Henta powstańcza”, „Ohdehy z ghatisem” powtarzali za nim cicho, nabożnie, smakując nowe słowa…
– A powiedzże, Kapuletti, co to za Falangiści Wyklęci, to jacyś nasi czy ruscy? Czemu żaden z nami nie siedzi?
Dziad aż napiął się cały w środku, poczuł nadchodzący atak czkawki, szybko zmienił temat.
– A za co to mianowicie, Panie, Panowie, Osoby siedzicie?
Odpowiedziała mu cisza, którą po dłuższej chwili przerwał jakiś głos z ciemności.
– Papuga mnie wrobił.
Zaszemrali.
– Jego nie słuchaj! To szumowina jest, urka. On w Narodowych Siermięgach Zbrojnych służył. Kolaborant i obwieś.
– Myśmy nie chcieli z Ajatołachem uczestniczyć w obchodach powstania styczniowego..
– listopadowego!
– sierpniowego!
– wielkopolskiego…
– śląskich…
– sejneńskiego…
– rocznicy strajków…
– imienin Antoniego, Lecha, Zbigniewa… żadnych w ogóle z nimi imienin!
– Wy! Wy zdraycy polski, pachołki żydoskie!
– Do mnie pijesz, kapucynie?!
– „Bundziak” odpuść z serca. On niespełna rozumu.
– Niespełna!
– Niespełna, biedaczek!
– Dać mu herbaty, tylko niech cicho siedzi.
– Prądu nie ma. 
– A niech to kule biją! Zapomniałem… To zaśpiewajcie mu coś chociaż…
– Nieeeeeeeeeeee! Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeee! Nieeeeeeeeeeeeee!
* * *
Oj, długo w noc ciągnęły się wariackie ryki „Piotra Skargi” z NSZ. A kiedy już udało się go poddusić siennikiem i zmarnowany padł, siąpiąc nosem gdzieś w mroku i krztusząc się gilami, wyczerpany Eligiusz wpadł na pomysł bez mała genialny.
– Panie, Panowie, Osoby – opowiem wam, jak smakuje hehbata.
Zamilkły szmery, ucichły rozmowy. W ciszy utworzyli wokół Dziada ciasny krąg i jak zahipnotyzowani słuchali. A na smaku herbaty to się Hadziwiłł akuhat znał niezgorzej, bo Słojowej szklankę z pahapetu zwędzić jest łatwiej niż holadę czy kluski. Więc gadał, gadał, gadał. A kiedy mu się wena wyczerpała, sny zaczął opowiadać – o Tahiti, Wyspach Kitaju i Sipangu, o Amazonkach z Patagonii i Indiankach z Xanadu… I wiele jeszcze, wiele innych.
Powstańcy słuchali zaczarowani, rozmarzeni, nad ranem pojedynczo, potem mniejszymi grupkami zaczęli wzlatywać na skrzydłach marzenia. W miarę, jak się unosili, cela pustoszała. Ostatnia wyruszyła „Justyna Orzelska”. Na pożegnanie podeszła lekko i pocałowała Dziada w czoło. Wstyd się przyznać, ale się popłakał.
– A ty se tu zostań, lebiego. – Powiedział Dziad Eligiusz do enes-zeta, kiedy byli już sami. – U siebie jesteś.
W tym samym momencie drzwi otwarły się z łomotem i celę zalało światło.
– Tyczkiewicz! Na przesłuchanie!
* * *
Dziad Eligiusz nie jest twardzielem, nie musieli go nawet torturować, podpisał wszystko. W sumie, jak się przekonał potem, wyszedł na tym niezgorzej. W zamian za kartę Obowiązkowego Gościa Honorowego na Obchodach itd. z Udziałem Ajatołacha i/lub Prezesa, na nazwisko Tyczkiewicz Kazimierz, „Waleriana”, b. podporucznik, niekarany, mógł się zgłaszać raz w miesiącu do Kwestury w Ministerstwie po rentę. Co prawda była niższa niż bilet na trolejbus, ale przecież trolejbusy i tak nie jeżdżą. A zawsze to jakiś honor. Lepsze to na pewno niż kwity z ZOMO, które i tak mu ktoś zwędził. Może dostanie zniżkę w stołówce „Kłuszyn”? Albo chociaż miejsce w pierwszej trzydziestce w kolejce? A o nieobecność powstańców w celi jakoś nikt nie pytał.
Słońce stało już dość wysoko, kiedy Dyplomowany Dziad Miejski Eligiusz Radziwiłł, Falangista Wyklęty, Guślarz-Wajdelota, a na mocy nowych papierów także Powstaniec Uniwersalny Narodowo-Rezerwowy, skierował się w kierunku Osiedla pod Wezwaniem bł. Galadrieli Pawłowicz. Musiał odzyskać manierkę, mapnik, no i – czapkę z pomponem. Bo noce idą chłodniejsze.

*

Ojciec Winciuszka Micewicz-Micewskij poleca inne przypadki Dziada Eligiusza: 


środa, 27 lipca 2016

(2) Antoni ma krótki


Jak przy niedzieli od rana słońce się rozpaliło, to i do kościółka milej wstawać. Ciotka Eufronia stęknęła cichutko, wystawiła z łóżka najpierw lewą nogę, potem Prawą, jeszcze trochę od snu otępiała, na ślepo wymacała jeden klapek i sięgnęła po pilota. Tu już otrzeźwiała na dobre i jednak ściszyła od razu TW Tkwię, bo o mały włos zapomniałaby o porannej modlitwie. W niedzielę!
Rozwinęła dywanik w kierunku Świętej Nekropolii Vaveloo, łyknęła Forflex bez zapijania i wygięła korpus w pierwszej asanie, zwanej Powitaniem Apollinowej Światłości. Stopy zetknęła razem mimo bólu w haluksach, przysiadła na piętach i wykonała głęboki pokłon, po trzykroć uderzając głową w PCV. Nie wiedzieć czemu, skądś przytoczyła się butelka jakby po occie i Ciotka przy trzecim pokłonie huknęła się w głowę dość mocno. No, chwała Dionizosowi, że się szkło nie posypało, bo sprzątnięte przecież.
– I co się Mamusia tak wygiba? – Dowcipniś stał oparty o framugę, lewą stopę wyciągnął z kubota i czochrał palucha o dres w okolicach Prawego kolana. – Bo jeszcze Mamusia znów jakie nieszczęście wymodli! – Zarechotał i siorbnął ze słoja.
Eufrozyna zmilczała zaczepkę, ale w głębi serca ucieszyła się, że Synuś wrócił wcześniej i to w humorze. Kto wie, może nawet da się wyciągnąć na nabożeństwo? Przyjęła więc jeszcze tylko asany Bohaterom-Cześć-I-Chwała, Prawa A Sprawiedliwa oraz Wembley 1973. Nieuważnie odklepała „Kaczkę Dziwaczkę” i prędko zakończyła modły. Wstała z przyklękiem, podgłośniła poranną audycję TW Tkwię (szło akuratnie niedzielne wydanie „Zsiadłe czy woda spod ogóra?”), poczłapała zaparzyć ziółka.
– Rzuciłbyś wreszcie, Synuś, to świństwo… – Mruknęła Ciotka, widząc, jak jej pociecha, siorbie głośno kawę po – za przeproszeniem Wenery zawsze – turecku. Ale nie stać jej było na prawdziwy gniew, zwłaszcza, kiedy widziała go stojącego tak na środku aneksu kuchennego w aureolach papierosowego dymu, które poranne promienie rozświetlały na kształt aureol, mandorli, migdałowych nimbów, glorii. – Mój Aniołek… – dodała już tylko w myślach, bo nie lubił. Czasem naprawdę martwiła się, w jakim to towarzystwie on się obraca, przecież chyba nie jakichś dilerów, tę kawę chyba od kolegów dostaje? Ale swoją drogą: co to za koledzy tacy? A z drugiej strony: przecież młodość musi się wyszumieć, wyszaleć.
Eufrozyna dorzuciła dwie butelki po Zbyszkokoli do westalki, poruszyła płonący glut koczergą i nastawiła imbryk na fajerkę.
– Jest prąd? – próbowała jakoś zagaić.
– Chyba jak se Mamusia przyniesie. – Zarechotał. – Jak se Mamusia przytarga. – Zarechotał jeszcze głośniej. – Jak se w siatce przyniesie. – Dla pewności zarechotał jeszcze raz, ale się zmęczył i przestał.
Ciotce jak raz zabrakło inwencji, więc uchyliła lufcik i zerwała kilka listków świeżej mięty, która pleniła się w szczelinie tynku. Wrzuciła je do imbryka i po aneksie rozszedł się ożywczy zapach, trochę zaćmiewając nawet kwaśne opary tytoniu i wina „Jabłuszka Wenery zawsze”.
Eufrozyna poczłapała do pokoju Córci i nieśmiało zapukała w szybę.
– No?! – Rozległo się zaspane z drugiej strony, więc po cichu przekręciła gałkę i zajrzała. Czy niskie jeszcze światło, czy co tam, sprawiły, że Andżelika nie wyglądała aż tak zachwycająco, jak kiedy do roboty szła. Ale Serce Matki (choć trochę nerwowo pukające, bo przecież włazi do Córci tak trochę wcześnie i nigdy nie wiadomo) rozpromieniło się. Andżela, kapitan kościelnych czyrliderek i pierwsza tancerka zespołu „Jabłuszka Wenery zawsze” przy MDK-u, nawet z rozmazanymi cieniami i w porozciąganym podkoszulku koszykarskim wydawała się jej spełnieniem jej własnych, trochę już zapomnianych marzeń. Bo Eufrozyna, jak miała piętnaście, bardzo, ale to najbardziej chciała tańczyć w zespole „Ma Zawsze”, w kwiecistych spódnicach, w chustce, spod której zalotnie wysmykiwałby się Złoty Lok, a Złote Warkocze zaś takoż zalotnie, ale miała włosy myszate, a poza tym (poza myszowatymi strąkami) zamiast mieć zawsze, nic nigdy nie miała (niektóre koleżanki z fryzjerczaka miały wcześnie, często, wręcz właśnie zawsze, nawet z takim jednym z III C, Romkiem), więc właściwie to nie za bardzo jest gadać o czym. Ale takie czeskie Maszkary pod oczy zielone-fioletowe i rzęsy czarne-przeczarne, długie, cygańskie, jak „Małgośka mówią mi”, to dalej by czasem chciała jeszcze. Czy to były Masakry?  Były, nie były, i tak za zielone. No, zielono-fioletowe, a i żółte potem pod lewym to Ciotka miała nie raz i nie dwa, i nie trzy, i nie cztery, i nie pięć, i nie sześć, i nie siedem, a co tam, kurwa, będę wypominać. Było, minęło. Trzeba by jednak Antkowi ten krzyż naprostować, może świeżych chryzantem posadzić. Eufrozyna westchnęła, weszła i rozpromieniła się (ale trochę sztucznie, bo za dużo jej się myśli, wspomina, no a poza tym nigdy nic nie wiadomo).
– Pójdziesz z Mamusią do kościółka na Yogę Poranną? – Zapytała niepewnie.
– Przecież miała Mama Nikoli popilnować. Gdzie się Mama wybiera? Ja mam próbę i paznokcie.
*
Tak to w Piaskownicy z Nikolką dzień na ogół szybko mija, „Reality” się poczyta, zdjęcia poogląda, co tam w wielkim świecie słychać. Nikolka, dziecko spokojne, mówi mało, sama się sobą zajmie, w kosmetolożkę pobawi, albo różańcowe odprawia na niby. Jak głośniej czasem krzyknie „W imię Apolla, Sprawiedliwego i Miłosiernego”, to się, bywa, Eufrozyna obudzi przestraszona, „Reality” z piachu podniesie, otrzepie. Ale tak to Nikolcia spokojna, spokojniutka, Aniołek nie Dziecko, chwała Wenerze zawsze.
Przy południu można „Był duda, miał dudy” odmówić, albo dziesiątkę „A ja jestem furman, furman, w domu dziesięć fur mam”. Czasem Nikoletka chce Baba piewa!, to Ciotka zanuci „Będę Brałcie Wałcie Prałacie” albo „Cztery Osimnastki w Mojim Samochodzie”, potem znowu „dziesięć fur mam”. O.
Czasem coś się zagada do kogo, albo i nie. Z tymi młodymi matkami-lewaczkami, gadać nie ma co, one zresztą coś zadzierają nosa przy Ciotce. Wszystkie wyfiokowane jak jakieś – z przeproszeniem Wenery zawsze – ostatnie. Trzymają się ze sobą, o akrylach tylko, tipsach, fitnesach. Nie to nie. Ciotka zresztą dobrotliwa z natury, to jej inni nie przeszkadzają, jak nie imigranci czy islamiści. Czy tam żydki, geje, coś tam. A! – z panem Celestym to Eufrozyna lubi porozmawiać czasem. Nawet – z przeproszeniem Wenery zawsze – pofiltrować ciupeńkę, ale tak niewinnie, nie żeby coś, broń Panie, broń Sylenie, Satyrze broń!
– A był pan, panie Celestku, na dzisiejszej Yodze Świętej?
– Oj, śmieszka z pani, pani Eufrozynko, dobrze pani wie, że ja to nie odpuszczam, choć zdrowie to już nie to, co kiedyś. Zwyrodnienia, wie pani, stawy bolą, do felczera się nie dopcha, na co człowiek tyle lat harował, cholera – z przeproszeniem Wenery zawsze – złodzieje.
– Ano, złodzieje, złodzieje – potwierdza wtedy Ciotka i tak sobie posiedzą, porozpamiętują.
– No, złodzieje, proszę pani, ale co zrobić? Jak ja to mówię, trzeba jakoś żyć – przerywa milczenie pan Celestyn. – Na mnie pora iść, Proboszcz Purchaweczka teraz ma audycję na żywo, pani też polecam. „Na plebanii w Wyszkowie”. Ludzie dzwonią, mówią, co o wszystkim myślą i w ogóle. Opowiedzą czasem, jak się żyje. Jak kradną. Coś się o świecie człowiek dowie, co tam knują. Ujawniają tajne różne spiski. A jeszcze sobie zdążę Dziesiątkę, albo Mendel Gdański odmówić. Za nawrócenie tych wszystkich złych ludzi, feministek. Bo ja, wie pani, wierzę, że ludzie to na ogół dobrzy są, tylko ciemni, błądzą, z niewiedzy często grzeszą, kradną. No to niech będzie pochwalona Wenera zawsze.
– Ano, niech będzie, niech będzie! Szczęść w Borze! – Odpowiada wtedy Ciotka, smutna trochę, że to już.
No ale dziś ta niedziela. Pan Celestyn na sierpniowej pielgrzymce do Aśramu w Częstogrzebiu, sąsiadki na Yodze Świętej, pewnie zresztą już po, z wnukami w Galerii Narodowej, chodzą sobie od stoiska do stoiska, patrzą po „szczękach”, po łóżkach polowych z towarem, kto co w skrzynkach przyniósł, w łubiankach, w bułgarkach. I które boksy w tym tygodniu deskami zabili za naruszanie zakazu handlu w Dzień Świąteczny. Może do fast foodu sobie zajrzą, schabowego z pierogami zjedzą, bigosik, grochóweczkę, zraza z gryczaną. Rozmarzyła się Ciotka, bo głodna odrobinę, prócz ziółek porannych nic dziś w ustach nie miała. Nic to. Adżelcia wróci przecież kiedyś od kosmetyczki (chyba się z koleżankami zagadała, bo cień stacji transformatorowej minął trzepak, i zbliża się do pojemników na segregację opadów; właściwie to zahacza już o plastikowe gąsiory z napisami – „Polskie”, „Obce”, „Koszerne”, „Chleb dla Konia”). Pusto poza tym i trochę smutno, fitnesek nawet, lewaczek, nie ma, pewnie te swoje wegetariańskie mielone mężom (ale czy to w ogóle mężowie są?) smażą. Czytać nie ma co, bo Synuś zapomniał wczoraj nowe „Reality” kupić, a stare to już przeczytane, wszystkie zdjęcia, skandale.
Eufrozyna nerwowa już trochę, bo w brzuchu głośno burczy (dobrze, że pan Celestyn jednak dziś akurat nie przyjdzie), a najgorsze, że ostania Yoga Święta będzie o dwudziestej, a do kościółka kawałek. Ciotka całe życie była kobietą zdecydowaną, a i złość ją trochę bierze. Dużo myśleć nie będzie – cap Nikolkę za rąsię – razem pójdą. Rączynki z piasku otrzepać, foremki-puderniczki, cyboria do reklamówki, idziemy.
Tupczą sobie więc tak we dwie, na trolejbus liczyć nie ma co (przecież zakaz podróży jest w Dzień Świąteczny, trzepnęła się w czoło Ciotka). A zresztą, kto tu trolejbus widział? Pan Celestyn mówi, że znał jednego Falangistę Wyklętego, co miał dziecko z jedną taką ze wsi, której prababka pamiętała trolejbusy z dzieciństwa. Albo grzybobrania, bo to już była starsza kobieta i trochę się jej – z przeproszeniem Wenery zawsze – nie ten teges. Ale to wszystko – myśli Eufrozyna – bujda na resorach, bo jak Falangista Wyklęty mógł mieć dziecko, a nie mieć ślubu? No nie?
Koło mięsnego pod wezwaniem Narodowych Sił Unasienniania Bydła – taka niespodzianka! Pewnie po nabożeństwie Synuś się z przyjaciółmi zatrzymał. A może, nie daj Panie, udaru dostał, zasłabł w tym upale? Bo coś się o murek oparł, trochę chwiejny jakby. Już się wzięła z portmonetki wysupływać rubelka, żeby kolegów na loda zaprosił (czy jak to młodzież teraz mówi „druta”). I nagle jakby Eufrozynę grom Jowiszowy z Jasnego Nieba nagle, a tak nagle, że nagle po prostu. Bo ten cham, skurwysyn pod murkiem sika. W niedzielę! No, tego to ja cię w domu moim nie uczyłam – gotuje się wszystko w Ciotce Eufroni, a Synuś, jakby nigdy nic, chwiejnie tylko, odwraca się, a zapiąć nie zdąża. Żebyś ty mi przy Kobiecie, przy no po prostu Matce, przy Polce – wściekłość w potulnej zazwyczaj Ciotce kipi.
– Schowaszżemizarazkurwisynietegokiszońca?! – wyrzuca i zaraz za usta się łapie, potem uszy Nikolce zasłania, ale przecież za późno, więc jej choć zasłania oczka, żeby się mała nie gapiła wytrzeszczona, jak Wujek usiłuje mokrego korniszona upchnąć w rozporek. Dobrze, że nie umie czytać jeszcze Nikolcia – zobaczyłaby te wszystkie tatuaże: „polska dla Pokrakuf”, „bug, Honor i włoszczyzna”, „blądynki won z polski!!!”. Petitem dziarane, bo przecież by się to i na Antkowej marchewie nie zmieściło normalnie, ten to miał, a ja z nim Pal Pański, o czym, ja do kurwy nę… - za przeproszeniem Wenery zawsze - …dzy... Opamiętała się równie nagle. Nikolcię do biodra i z laczka w stronę warzywniaka „Jabłuszka Wenery zawsze”, za nim boisko do ustawek i cokół po pomniku tego, no… Małysza. Figurę zdjęli, jak „Reality” ujawniło, że to kalwinista czy islamista. Zdrajca Ojczyzny. Mieli tu postawić Przenajświętszą Figurę Wenery zawsze Kwietnej, ale jeden taki z rady parafialnej sandżaku pieniądze ukradł. Zakamuflowana opcja żydowska. I komu tu ufać.  – Tfu! – Splunęła sobie Ciotka na cokół i trochę jej przeszło wzburzenie, ale zaraz pomyślała, że choć Przenajświętszej Figury nie postawiono, to może sam Postument trochę Święty, w szczelinie nawet mała Brzózka-Samosiejka wyrosła, więc w sumie grzech i chamstwo. Więc wydobyła z rękawa sweterka chusteczkę i co się dało, otarła. I jeszcze chyłkiem wykonała Znak Trykwetru gdzieś w okolicy wątroby. Rozejrzała się, czy nikt nie śledzi, ale tylko na rogu Połockiej i Smoleńskiej, pod Brzozą Wiadomości i Prawdy kłębił się tłumek i orkiestra milicyjna grała „Hiszpański walczyk w sam raz”. Ale to daleko było, a w dodatku akurat nad grupą wiernych zatrzymała się niewielka chmura burzowa i lała niemiłosiernie, prała gradem, pohukiwała piorunami.
– No, idziemy, idziemy do kościółka, gdzie Nikolcia idzie? – zaćwierkała Ciotka.
– A może się pani szanowna napije z pathyjotami chwilowo bezhobotnymi? – Głos dobiegł znikąd, tak jak znikąd zdawała się wysuwać ręka z flaszką w torbie po mrożonce „Jabłuszka Wenery zawsze”. – Kościółek pani szanownej nie ucieknie.
Eufhozyna, tfu!, Eufrozyna wzdrygnęła się, ale prawie od razu zobaczyła, jak za wystającą spoza postumentu ręką dźwiga się jakiś ciężkawy kształt, podtrzymywany pod łokieć przez młodszego nieco osobnika. Siedzieli widać od drugiej strony, w cieniu, i teraz ten starszy, typ trapera w lisiej czapie z ogonem bobrowym z czasów młodej Małgorzaty Braunek, pisgnął się głową o starczące z resztek monumentu narty Małysza, którym nie poradzili dotąd złomiarze. Pisgnął, huknął, przypierdolił, że aż się usiadł znowu na zamczystym dupsku.
– A niechże wobec tego Wszystkich Szanownych Państwa Ma w Swej Opiece Łaskawa Wenera zawsze, której Matka Parała się Syceniem Spragnionych i Głodnych. – Powiedział jakby bez sensu, za to gniewnie, i pomasował się po bermycy.
– Hadziwiłł! – Huknął po wojskowemu. – Dla przyjaciół Dziad Eligiusz. Dyplomowany Dziad Miejski i Pathyjota, Wetehan, Falangista Wyklęty i Guślarz-Wajdelota – na dowód potrząsnął własnohęcznie najwyhaźniej skonsthuowanym urządzeniem, na któhe składały się puszki po Whiskasach, khadzione przewody thakcyjne, chlapacz od Malucha, jakieś hesztki pahasola. Z braku lepszych wytłumaczeń Eufrozyna przyjęła, że to insthument, tfu! instrument muzyczny. Rzeczywiście, jakby dla zaprezentowania swojej profesji, Dziad Eligiusz odśpiewał fragment epickiego poematu o Bitwie z Turkami na Czosnkowym Targu.
Shaala, sojka, sha-a-la!!!!
  Dojrzewaa brzezi-ina!!!… 
– zaczął, ale na szczęścia powstrzymał go ten drugi, młodszy o jakieś dwadzieścia pięć wydań krytycznych podręcznika do historii. Miał na sobie galowy strój Grupy Rekonstrukcyjnej Karcerstwa Polskiego – ciapate spodnie z Bundeswehry, panterkę w kamuflażu Waffen-SS Platanenmuster (wzór 37, rozpoznała Ciotka od razu), Stalhelm M1916 z gwintami na poroże na skroniach. Na piersiach i brzuchu dyndali mu różne ordery – przede wszystkim Eisernes Kreuz za Kampanię Wrześniową i Święty Jerzy pierwszej klasy, ale także grecki „Wincuki Miwirwali”, Krzyż Psiego Pola, naszywka „Iron Maiden” (oryginałka!) i korpusówka Obozu Radykalno-Narciarskiego. Był też owinięty dużą ilością sznurków od mapnika, raportówki, puszki na maskę gazową, lornetki, noktowizora,  dalmierza i lunchboxu, gdzie mu mama napchała kanapek i piciu, choć miał oryginalną manierkę Deutsches Afrikakorps. Sznurowadło mu się rozwiązało od adidasa, jak się przedstawiał, i prawie rymnął.
– Michał Jerzy, Dwojga Imion, Wasyli Hermann Gwido Juda Tadeusz Maria, chwileczkę, acha, Jezus Maria Teresa Gustaw Konrad Henryk Baruch Jan z Oleju Stęk, herbu Sadzawa. Pseudonim „Krwawy Mściciel Ojczyzny”, a także „Kobra-Kobretti”. Członek Zastępowy Małopolskiej Spójni Młodzieży Wszechpłockiej.
– A nazwiska pana nie dosłyszałam? – Speszona Ciotka walnęła fo-pa.
– A pani na co nazwisko? Z ubecji pani czy jak? Te Wu? Zhesztą powiedział – Stęk. A dla znajomych to wystahczy Wasyl, bo łatwiej spamiętać. – Poburczał Dziad. – Napije się w końcu, czy nie? – Zakończył uprzejmiej.
Z wdzięcznością przyjęła Ciotka Eufronia torebkę po mrożonce, otarła wystającą szyjkę mankietem i siorbła głębszego.
– Kur… miało jej się już wyrwać, ale jednak opamiętała się, a może przypomniała sobie o Nikolci trochę zlęknionej i przyklejonej do jej Prawej nogi, w garściach ściskającej babciną spódnicę. – No dziękuję panom. Mocna, nie powiem, mocna. – A jeśli można spytać, co tu panowie robicie pod Małyszem, zamiast pod Święty Gaj Brzozowy się udać, gdzie, widzę, uroczystość Państwowa i Patryjotyczna?
– A tak – Dziad Eligiusz trochę zmarkotniał – tak, właśnie. Tygodnica się odbywa beze mnie, bez wetehana, któhy własną piehsią po phostu Nahodu, niech mnie diabli, kiedy kłamię, dla przykładu w 1968 w Czechosłowacji, a bywało się, bywało tu i tam… Ale co zhobić, co zhobić, złodzieje. Złe, phoszę panią, języki. Tehaz się tak pohobiło. Jak księża wszystkim rządzą, to hóżnym tam babom posłuch dają. Bab się słuchają, bo sami nie mają, chłe, chłe, co, Wasylku, co? No i taka jedna na mnie nadała, bo zła, że jej Piaskownicę psem – za przephoszeniem Wenehy zawsze – zabhudziłem. A nie był mój, tylko Ślepego. Też Wyklęty, tylko z KBW. Ale nie mój pies, a babsko się uwzięło i nagadało, że skhobanki hobię. A hobię, hobię, jak mam nie hobić, jak się liszaj na pięcie zalęgnął, skhobać trzeba?! No i masz, w Ogłoszeniach Pahafijańskich podali, że jestem pehsona non ghata (pewnie, że jeszcze nie taka ghata!), a może nawet podtępiony. Chamstwo, mówię pani. Ledwie człowiek pięćdziesiątkę przekhoczy, zahaz że podtępiony. A tu – pokazał, gdzie – umysł, phoszę pani, jak brzytwa. A! – Rozżalił się ostatecznie.  – Złodzieje i tyle.
– Gówno prawda! – Ryknął niespodzianie kołchoźnik wprost nad ich głowami, na prowizorycznym słupie telefonu polowego. – Gówno prawda, Radziwiłł! W młodniaku Milicja Fidelis cię nakryła, jak Brzezinę rąbałeś, żeby sobie na działkach w kozie palić. Dam ci ja zaraz złodziei! Ty sam złodziej! I jeszcze świętokradca! – Zachrypiała szczekaczka głosem Proboszcza Purchaweczki i zamilkła.
– No, a ja tu z Wujkiem po Solidarności. – Dodał niepewnie Wszechpłotczak, zezując na głośnik. – Komu jak komu, ale Wujowi zginąć nie można dać. Ta sam krew Aryjska. Te same geny. Już naukowcy dowiedli… Naukowo jest udowodnione. Pieśni sobie pośpiewamy, wypije się coś, z daleka święto poobserwujemy, potem na ryby – wyciągnął wędzisko zza postumentu.
– „Jeszcze płotka nie zgineeeea” – zaintonował, a Dziad Eligiusz dołączył fałszywie, zrywając się na baczność, przy czym znowu pisgnął się w palnik nartą od Małysza i z hukiem klapnął na zad.
– Aaaaa! – zabulgotało coś jeszcze w kołchoźniku. – Teraz to na ryby. No dobra, już dobra. Tylko wara od księżych stawów, złodzieje!
– Złodzieje, złodzieje. – Zgodzili się Dziad Eligiusz z Wasylem pokornie.
Na Ciotkę nikt już uwagi nie zwracał, więc chwyciła Nikoletkę za rąsię i podreptały dalej.
– A palec to z buzi wyjmij, Nikolcia. Nie wypada takiej pannicy, wstyd – prawie piętnaście lat masz!
*
Słońce już, kurwa, ostatnich kresów nieba dochodziło – wyyyy-róć! Mowa Ojczysta niechaj będzie Czysta i Szlachetna, Cześć i Chwała, ażeby każdy, kto usłyszy Słowo, wiedział, o co kaman, a brzydkie wyrazy świadczą tylko o tych, co ich używają – myślała Eufrozyna, dysząc ciężko. Wartości, wartości! A więc, Słońce już ostatnich kresów nieba dochodziło, ale jednak pokażcie mi takiego, co po takim dniu, doczłapawszy się na wieczór do kościółka, pocałowałby klamę i się nie wkurwił jak jasna cholera. I taka kartka na drzwiach: „Drodzy w Apollinowej Miłości Bracia i Siostry! Przypominamy, że na mocy rozporządzenia Jego Eminencji Archijereja Staurosa-Hodżdży Toruńskiego z dnia takiego to a takiego, we wszystkich parafiach naszego sandżaku obowiązuje od nocy onegdajszej kalendarz juliański, w związku z czym Najświętsza Yoga dzisiejsza odbyła się dwa tygodnie temu. Osoby z nieobecnością zobowiązane są do odpracowania jej na dodatkowym czynie przy ozdabianiu Świątyni. Styropian, klej biurowy i nożyczki przynosimy we własnym zakresie. Szczęść w Barze. Podpisano: X. Kanonier, Protopop i Mufti Kościółka pod Wezwaniem Młodzianków Smoleńskich, JM Tadeusz Muchomorek-Żwirek”. Na pierwszym miejscu czarnej listy figurowało nazwisko Ciotki.
– Kurwa! – bez najmniejszej żenady powiedziała Ciotka Eufronia. Echo poniosło słowa, w zapadającym zmierzchu zapaliły się reflektory punktowe oświetlając Placyk Przykościółkowy i oślepiając Ciotkę.
– Nikola, wracamy!
*
Kiedy dreptu-człaptu przekradały się z powrotem przez osiedle, przemykając truchcikiem od śmietnika do warzywniaka, i od przedszkola do monopola, Eufrozyna starała się zachować czujność. Nikolce powiedziała, że bawią się w Prawdziwych Powstańców, ale tak naprawdę bała się zboczeńca-ekshibicjonisty, co grasował w okolicy. Tego dnia dość się już Wnusia naoglądała, Ciotce zaś też do szczęścia brakowało tylko jakiegoś lewaka z ogórasem na wierzchu dresa. I może przez tę czujność Ciotka Eufronia dostrzegła w porę dwa cienie w ciemnościach zbiegu Połockiej i Smoleńskiej. Jeden podtrzymywał za pień Świętą Brzozę, drugi zaś – ale przecież to Dziad Eligiusz i Wasyl, synowiec jego! – drugi więc, a był to Pensjonowany Falangista Hadziwiłł, już, już unosił siekierę, żeby zadać kolejny świętokradczy cios. Kozła do piłowania i nosiłki na drewno mieli przygotowane. I jak tu być spokojną?
– Staaaać! Zaraz mi zostaw to Drzewo, złodzieju! Ludzieee! Ludzieee! Na pomoc! Złodzieje! – ryknęła Ciotka z samej głębi swego całodziennego utrudzenia, zmęczenia, głodu i – sama to przed sobą przyznać umiała – kurwicy bladej.
– Zło-dzie-je! Zło-dzie-je! – entuzjastycznie rozdarła się Nikolka i były to jej pierwsze tego dnia słowa. Cud Widomy i Ręka Boska.
– Zło-dzie-je! Zło-dzie-je! – rozlegało się z coraz to nowych okien, blask łuczyw, świec, lamp naftowych, fanarów i karbidówek rozświetlał kolejne bloki.
– Zło-dzie-je! Zło-dzie-je! – skandował podekscytowany tłum, wylewający się z klatek, a po części i ze ssypów blokowiska.
– Zło-dzie-je! Zło-dzie-je! – krzyczeli zgodnie ogłupiali Dziad z Wasylem, Dwojga Imion, Kobrettim, których tłuszcza wypchnęła na czoło pochodu i prąc z tyłu niosła ku Centrum Miasta, gdzie świeciły kolorowe neony Zgromadzenia Narodowego i Baru Sejmowego. „O, a w centrum nie ma przerwy w dostawie prądu.” – Pomyślała Ciotka od rzeczy, ale tłum już tratował resztki brzozowego pnia i wywracał palisadę wokół Drzewka Wolności. Spośród połamanych gałęzi, które pachniały mocno w tę sierpniową noc, próbowała wydostać się Miłosierna Wenera zawsze, krzycząc coś, co ginęło w ogólnym harmidrze, ale jakaś starsza pani przylała jej Różańcem Krucjatowym jak korbaczem i ta niezauważona przez nikogo, z okiem podbitym i skrwawionym nosem, osunęła się w kipiel listowia tratowanego tysiącem stóp.
– A w dupę z tym wszystkim! – Ciotka nie miała się już zamiaru hamować tej nocy. – Nikola! Zapierdalaj do domu, wodę nastaw na zioła, melisa rośnie koło zsypu. Ale już!
I w tym momencie napatoczył się ekshibicjonista. Na swoje nieszczęście.
Eufrozyna spojrzała bez zainteresowania na jego śmiesznego kiszoniaka, „polska dla buraków” – nie doczytała dziary w ciemności i tym razem sprawę potraktowała krótko.
– Remigiusz, za kwadrans w twoim pokoju porządek ma być, aż zaświeci. Zero chlania przez tydzień, kolegom podziękujesz. Masz szlaban na Ekstraklasę, a od jutra meldujesz się codziennie za mnie w kościółku na czynie społecznym. Styropian, klej biurowy i nożyczki przynosisz we własnym zakresie.
– Ale co?! Mamusia, na żartach się nie zna? – próbował jeszcze Dowcipniś, ale Ciotka Eufrozyna nie za darmo prezesuje Babkom-Polkom naszego sandżaku:
– Do domu, skurwysynie, bo ci dupę zamienię w polskie Termopile!

 26 lipca 2016 r.

*

Stryj Wincenty poleca inne przygody Ciotki Eufrozyny:

(1) Antoni ma długi

(3) Bibuła

(5) Ciotka Eufrozyna spotyka Centkiewicza