piątek, 29 lipca 2016

(3) Bibuła

Wielkie mamy poruszenie. Sam Najwyższy Ajatołach ma przyjechać z wizytą ze Świętego Grodziszcza Turynia. Czy z Turonia. Czy coś. No, w każdym razie bez Asysty Wojskowej się nie obejdzie. A parafianie naszego sandżaku hurmem rzucili się stroić kościółek, ulice, skupy surowców, ogródki działkowe, wytwórnię kapiszonów „Orsza”, punkty nabijania syfonów i repasacji pończoch. No wszystko, po prostu wszystko. I jeszcze okna.
Między minaretem a kałakolnią naszego kościółka panowie z Semper Milicji rozciągnęli (a co było pohukiwań, postękiwania!) przewód tu i ówdzie izolowany z żarówkami. Prądu, co prawda, nie ma dalej, ale kto wie? Kościół ma swoje sposoby, a Ajatołach to nie w kij dmuchał, może coś się da załatwić jak zwykle u wojska. A poza tym z girlandą jakby ładniej niż bez – niektóre żarówki jeszcze trochę kolorowe, a jak będzie prąd, to się sprawdzi, co przepalone, co nie. Znalazło się też parę zapasowych, jakby co, bo ludzie sami chętnie przynoszą, albo na naftę wymieniają, na karbid.
Bardzo też ładne tralki postawiliśmy tam, gdzie te krzaki rosły, a i korzyść jest, bo wróble i te drugie już – z przeproszeniem Wenery zawsze – nie brudzą, i koty nie będą – z przeproszeniem Wenery zawsze – marcować cały rok.
Wiaty od trolejbusów tośmy bibułą kolorową obkleili. Miały być w barwach Turyńskich, ale wyszły w takich, jakie były w papierniczym, to znaczy różowe. Ale bardzo to ładne. Bardzo ładne. Odmienił się nasz sandżak jakoś tak na lepsze, na weselsze.
Też i Ciotka Eufronia postanowiła okna ustroić na Wielką Peregrynację.
Z „Małego Bravo Girl Niedzielnego” wycięła portret Ajatołacha, taki ładny, i nakleiła na tekturkę. Skrzynki po pelargoniach wystawiła i nawkładała do nich łąbędzików plastikowych różnych, sztucznych kwiatów, krzyżyków, baranka z cukru, no i pięknie się zrobiło. A jeszcze Synuś skądś przytargał neon z napisem „Vitamin C”, obstukało się młotkiem rurki i jest prawie jak „Wytamy!”. Tylko bibułki zabrakło, bo wszyscy na te wiaty dali i papiernik też.
Co robić? Nie ma wyjścia. Musiała się Ciotka na jakieś większe zakupy wybrać do Centrum. Trolejbusy nie chodzą, prawda, ale za składnicą tranzytową, jak się obejdzie to zarośnięte lotnisko i stawki z kiełbiami, jest taki skrócik koło silosów – myk, myk między wiatrakiem, co z niego w listopadzie turbina zleciała, a cementownią „Kirholm” i już będzie raptem z pięćset-osiemset metrów do końcowej stacji metra.
Jak trzeba iść, to trzeba, a opieprzać się też nie ma co.
– Obcym tylko nie otwieraj! – rzuciła Ciotka w drzwiach.
– Ychy. – Odstękła Adżelika, bo akurat miała ręce czym innym zajęte, znaczy, mejkapem.
Idzie Ciotka, rozgląda się ciekawie, bo w całej parafii, ba!, w całym chyba sandżaku okna pootwierane na oścież, nie zawadzi sprawdzić, co tam ludzie mają, jak się żyje i w ogóle. I rozmów podsłuchać przy okazji.
–  Na Miłość Boską! Musi akuratnie parapet zmywać, kiedy pierzyny wyłożyłam do wietrzenia? Ni widzi, że świni?! Wodą tą syfską wszystko zalała!
– Jakby sobie Sandałowa nie zatęchliła pierzyn, to by nic nie było. Nie moja wina! Częściej trzeba przewietrzać!
A przewietrzają właśnie wszyscy i stąd też widać, że dobrobyt wielki, bo to z lewej strony ulicy zapach duszenia kapusty, z prawej znowu – śledzie się smażą, znaczy będą parzybrody z kartoflami z wody, bigosy jarskie, biała kapusta parzona, albo z łazankami, ze świderkami, albo i z matiasem w oleju, occie, i śledzie po kaszubsku, po łowicku, po kurpiowsku, z rusztu, z patelni, z gryla i z Lidla. Uczty świąteczne się przygotowują w każdej kuchni. Znaczy się program socjalny „Pięćset plus” nabiera rozpędu. Tu się ciotka trochę zasępiła, bo jej się przypomniało, że jeszcze za ten tydzień musi zapłacić brzozowe i pogromne, bo licho będzie. No dobra, co tam. Trzeba się chwilą umieć cieszyć, „Karpie wyjem”, jak mawia Dziad Eligiusz.
Dzionek uroczy, słoneczny, chociaż, zaraz, nad trzepakiem jakaś chmura czarna się unosi. Żeby tylko pogody nie zepsuło na przyjazd Jego Miłości Własnej w Osobie. A tu z tej chmury – nagle – jak nie wyskoczy jakiś!
– Jezus, Maria! Islamista! – Ciotkę to aż podrzuciło ze strachu i dobrze, że jeszcze zakupków nie tachała, bo ani chybi upuściłaby reklamówki.
– Ale się pani Eufrozynka przelękła, chły, chły! – Zakaszlał imigrant. – Wcale mnie pani nie poznała!
– Nie poznała, nie poznała. – Odburknie Ciotka na to – Bo też i pan Celestyn nic do siebie nie podobny. Czarny jak jakiś diabeł-satanista. Myślałam już, że to multi-kulti.  
– Eee, gadanie. Trochę się człowiek umorusać przy trzepaniu musi, nie? – Odparł wesoło. – A dokąd to śliczne nóżki niosą?
– A tylko po bibułę idę do Centra, bo…
Reakcja sąsiada zaskoczyła Ciotkę po prostu niebywale. Odskoczył, pobladł, że aż spod grubej warstwy kurzu i pyłu było widno, zamachał uzbrojonymi w dwie trzepaczki ramionami.
– No to ja już do dywaników wracać muszę! Uszanowanie, szacuneczek pani Eufrozynie, zdrowia, zdróweczka, zdrowie najważniejsze, niech będzie pochwalona Wenera zawsze!
– Ano, będzie, będzie – odparła Ciotka całkiem ogłupiała, patrząc, jak roztrzęsiony pan Celesty za chodnikiem perskim z Kowar usiłuje jakiś numer wbić w komórkę. – Przecież tu nie ma zasięgu. – Wzruszyła ramionami.
Między cementownią a metrem przysiadła sobie Eufrozyna na starym kuble, bo przeszła już pora obiadu i w żołądku kruczyło. Ze słoiczka pojadła sobie pokrzywy z octem, z drugiego bułkę tartą zasmażaną na skórce od kaszanki. Pić się chciało od słońca, ale termofora postanowiła jeszcze nie ruszać, bo szmat drogi za nią, ale do końca też jeszcze ciupkę. To otarła palce w liść łopianu i dalejże w drogę. Tylko jej się coś zdawało, że ktoś śledzi ją ukryty w chwastowiwszu, a zza jałowców, zdziczałej ałyczy czy coś, antena w słońcu połyska. Aaa tam! Alleluja i do Centra.
W metrze tłok, bo się jakoś wszystkim na ostatnie zakupy zebrało nagle. Jeden drugiemu na nogę nastąpnie, miłego dnia pożyczy. Gorąco pod ziemią, duchota, że aż oddychać trudno w tym ścisku. Ludzie mokrzy w non-ironach, bistorach, wiskozach, a tacy dla siebie mili!
– Przepraszam panią najmocniej, ja tu nie stałem…
– Ależ wprost przeciwnie, przeciwnie wprost, proszę wejść przede mnie, bynajmniej panu mówię…
I na szczęście funkcjonariusze Milicji Fidelis formują jakoś tę zgraję w równe ogonki i w jakim takim porządku na tory puszczają. Prądu nie ma, więc jakoś się trza wziąć na sposób. Z każdej pięćdziesiątki wyłania się pięćdziesiętnika i stawia na czele kolejki, reszta za nim formuje „węża”. Pięćdziesiętnik odpowiada za tempo i bezpieczeństwo przewozu, pozostali zaś już tylko za tempo. Niby to żadna chwała biec na początku „pociągu”, ale każdy jakoś chce być wyróżniony, więc spory, kogo wybrać, kto ma większe zasługi, a kto zdrajca Oyczyzny i w ogóle Złodziey. Ot, demokracja bezpośrednia… Ale jakoś się udaje funkcjonariuszom kolejne węże na torowisku formować i odprawiać w jakim takim rytmie. Na torze B zaś regularnie dobiegają pociągi z Centrum, obładowane siatami, kartonami, pełne bułgarki cebuli dźwigają, sześciopaki z wodą święconą, zgrzewki czegoś tam, co się zawsze do czegoś tam przydać może. Ochotnicy pomagają wciągać co cięższe pakunki na peron, czasem który – wstyd przyznać – dyla daje i w tunele niesie się rozpaczliwe: „Złodzieee-je! Złodzieee-je!”. Wtedy tłum solidarnie podchwytuje: „Zło-dzie-je! Zło-dzie-je!” i kolejne składy w tym rytmie żwawym odprawiają się szybciej.
W Centrum ktoś się nawet Ciotce pomógł wygramolić na powierzchnię po nieruchomych schodach ruchomych. Przysiadła trochę, pokrzywy dojadła i łyknęła wreszcie z termoforka, bo jazda metrem trochę ją utrudziła. Jakoż przy tym zdało jej się, że ktoś ją obserwuje z agrestów i porzeczek, którymi obficie obsadzono Paradny Plac. Przy takim upale, słońcu, to człowiek nie wie, czy to zajączki, refleksy, czy front burzowy z dala błyska, czy fleszami rażą. Aaa tam! Do Centra, do Centra, krakowiaku żwawy!
Ale jednak trwałą trochę Ciotka Eufronia poprawiła. Na wszelki. A nuż to jacyś paparazi? Jeszcze by tylko tego brakowało, żeby ją Słojowa w „Reality” zobaczyła rozczochraną, albo Andżelcia, albo Nikolcia.
Teraz iść dokąd? Trudna sprawa. Spytać kogo by wypadało. Jak to mówią, koniec języka za przewodnika. Ale co się Ciotka przechodnia jakiego spyta o tę bibułę, blednie taki, nogi zaraz bierze za pas i gna gdzieś jak opętany, w biegu tylko w komórkę próbuje coś wstukać. Jeden, drugi, trzeci. No coś zaraz Ciotkę trafi normalnie. A jeszcze coś szura w krzakach, coś się jakby za kubłami, budami targowymi przemyka, fleszem błyska czy może to guziki od munduru? Gorąco, ludzi pełno, a jakoby nikogo nie było, prawy klapek Eufrozynie palca odparzył. No licho jest, licho.
Tak to drepcąc, podbiegając doszła Ciotka aż do skrzyżowania Wisły z Odrą. Tu przynajmniej widać, że też się na przyjazd Jego Miłości Własnej w Osobie szykują, bo ołtarze uliczne już umajone, kapliczki pachną świeżą olejną, a chramy i kąciny – gorącym lepikiem i papą rozgrzaną. Jak w niebie, tak pięknie – co tu plastikowych kwiatów, co sztucznych owoców, budek z preclami, strzelnic, cinkciarzy z cukrową watą. A ruch jaki! Stanęła sobie Ciotka, rozdziawiła się ciupkę, bo nawet o paparazich zapomniała. Przy Narodowym Drzewie Narodowym ta nasza maleńka, co i rusz na nowo zasadzana, albo patykiem, żerdeczką, listewką podpierana, podwiązywana Brzózka, to jak – z przeproszeniem Wenery zawsze – pokrzywa jakaś. A ta tu – o! Wysoooka, strzeliiiista. A na samiuteńkiej górze i konarach wyższych czerwone światła się palą, żeby jakiś samolot – z przeproszeniem Wenery zawsze – nie ten teges. Zresztą i tak od lat nic nie lata, no może tylko rządowe montgolfiery, ale dawno nikt nie widział. A tej Brzozy pilnuje warta Honorowa Semper Milicji i Młodzieży Wszechpłockiej. A skrzydła jakie mają, pięknie ze styropianu krajzegą wyrobione, szyszaki świeżeńką srebrzanką pociągnięte! Takie sobie nagolenniki z rynien porobili i nałokietniki, pancerze bardzo udałe, chyba z karoserii jakichś czy co. Szable w słońcu lśnią, halabardy, maczety, bejzbole.
A przy Archiołtarzu Całopalnym Narodowym już powoli gromadzą się Archimandryci, Archijereje i Architekci. Protopopy i Prototypy. Pastorały, Pektorały, Chorały. Minerały, Sandały, Kaszkawały. Kureci i Kuretki ćwiczą tańce, a Literaci z Literatkami – chóralnie i oralnie. Dzieweczki w białych sukieneczkach rozsypują kwiatki, więc zrozpaczone opiekunki usiłują te kwiatki zbierać z powrotem do koszyków, dzieciom tłumaczyć, że jeszcze nie, że za wcześnie. To wtedy chłopcy w komeżkach psikać się zaczynąją wodą święconą, a tak dla jaj, bo gorąco, i tu już gorzej, bo trzeba ją uzupełniać z kranu w podwórku pobliskiej kamienicy. Milicja Fidelis doprowadza krnąbrnych Weteranów pod sam ołtarz – gdzieś za ucho ciągną jakiegoś szarpiącego się Powstańca Narodowego, za łokcie niosą wierzgającą Łączniczkę, dla zabawy tych na wózkach spuszczają po desce z ciężarówki, zakłady robią, który dalej dojedzie. Prawie już skończyli, jeszcze tylko Berety Powstańcze uklepią, w plecy walną, żeby się prosto trzymali, nakrzyczą na Sanitariuszkę, spłakaną, że jej ktoś torebkę ukradł. O torebce! W takiej chwili! Dziwi się Ciotka tym Weteranom – w końcu są Honorowymi Gośćmi Uroczystej Yogi Świętej z udziałem Jego Miłości. Taki zaszczyt ich spotyka, a oni jakby niezadowoleni. Podziecinnieli z wiekiem widać. Ech!
Ale skoro już milicjanci uporali się z rozbrykaną gromadką, to weźmie Ciotka i ich o tę bibułę spyta. To pyta.
– Gleba, kurwa! Nogi! Ręce! Gleba! – ryczą chórem fidelicjanci.
I Ciotka znów zgłupiała. Ale nie na długo. Nie na długo zgłupiała, bo ją na glebę praśli, twarz do asfaltu przyciśli, ręce wykręcili, reklamówką skrępowali. Jeden teraz czerwoną chorągiewką macha, krótką wiadomość tekstową śle do obserwatora na dachu, ten już dymnym sygnałem przekaże SMS-a do Centrali. Drugi tymczasem klapki Eufrozynie ściąga, lustruje. Wstyd Ciotce, bo w rajstopie dziura, nie zrepasowała. Ale też się już cokolwiek Ciotka Eufronia podkurwia, jak jej pierwszy szok minął. Dajmy jej jeszcze ze dwa akapity na dojście do siebie.
(Akapit 1) Z tłumu wychodzi dwóch szaraków w sraczkowatych anzugach. Jeden wymachuje sobie anteną samochodową, drugi błyska lusterkiem. Pokazują Dokumenty. Oprycznina Narodowo-Religijna – mówią. – Baba nasza, z dawna my śledzimy. „Baba?!” – myśli sobie Ciotka – „O Przewodniczącej Ligi Polskich Babek-Polek w naszym sandżaku – Baba?!”. Ale Ciotce damy jeszcze jeden, ostatni akapicik. Niech wytchnie, niech sił nabierze. Niech się na dobre wkurwi, ciekawie się robi.
(Akapit 2) Korzystając z nieuwagi fidelicjantów, Najstarszy Powstaniec daje nogę. Gdyby nie antypaństwowe zachowanie Starca, miło by było patrzeć, jakie susy daje, odstawia pogoń na sto metrów, a jeszcze im z rogu Kaczyńskiego i Kaczyńskiego fucka zdążył pokazać. Łączniczka także nie będzie gorsza – końcem kuli rąbnęła w lakiera jakiegoś Imama, aż podskakiwać zaczął, to ona tą kulą wtedy na odlew w wartę Honorową, aż garnek ze łba zleciał takiemu ze Wszechpłockiej. I wtedy Ciotka rozpoznała w nim Wasyla, Dwojga Imion, Złodzeyskie Nasienie, Kobrettiego. To ją tu, kobietę dojrzałą, zasłużoną, po ziemi łachmanią, tłuką, a taki tam w Honorowej Asyście sobie bryluje?!!! No, na Apolla Belwederskiego z Liściem Figowym na Ptaku! To się po Ciotce nie pokaże, żeby w takiej sytuacji odpuściła!
Dziewczynki sypią kwiatki, opiekunki gapią się zbaraniałe, chłopcy psikają się wodą. Łączniczka przebiła się do rogu Dudusia i Poldka, jeszcze zdążyła język pokazać prześladowcom. No, traf chciał, że akurat wtedy Sanitariuszce ktoś zwrócił upuszczoną torebkę, a w torebce miała Stena…
Radiomobile przy dźwiękach fanfaronów wtacza się w Aleję Wyklętą, ale dzieci z kwiatkami i butelkami już się rozbiegły przerażone seriami ze Stena, rozbiegli się za nimi funkcjonariusze. Matki-Polki, Matki-Lewaczki, Matki-Ubeczki, Matki-Złodziejki, wszystkie próbują swoje pociechy ratować, albo i siebie, obojętnie. Ciotka w ataku, Wasylek już ją zobaczył i daje hasło do ucieczki Honorowej Asysty Wojskowej. Ale się lebiegom te skrzydła husarskie o gałęzie Św. Brzozy zaczepiają, zasłony od hełmów na oczy pospadały, zderzają się jeden z drugim. Bejzbolami grzmocą na oślep, więc się i Archimandrycie i Kuretce dostało. Tłum wywrócił budę z chińszczyzną i Pektorały ślizgają się w lakierach na wrzącym smalcu ze stu patelni, co i rusz który pada i śmiesznie wyje. Dwójka dzieci w strojach komunijnych dorwała się do mikrofonu. Ona: – „Kto ty jesteś?”, On: – „Luke, I’m You Father!”, Ona: – „E.T. go home!”. Z kołchoźników Siostra Makarena nawołuje do spokoju i stara się zaintonować „Barkę”.
W takiej sytuacji prowadzący Radiomobile Dowódca Gwardii Kujawskiej decyduje się na jedyny możliwy ratunek, taranując barierki skręca z Alei.
O 17.32 czarny Maybach wiozący Jego Miłość Własną w Osobie, Najwyższego Ajatołacha Najjaśniejszej Republiki, X. Tadeusza Podgrzybka (71 l.) runął w topiel skrzyżowania Wisły i Odry. Cześć Jego Pamięci (Maybacha na gwarancji). Bo-cha-terom! Cześć-I-Hałwa!.
*
Ale w tym momencie Ciotka Eufronia dyszała już ciężko, wsparta o mur pobliskiego zaułka.
– No żeż kurwa. – Spokojnie podsumowała sytuację. Spojrzała na zaciśnięte dłonie i z obrzydzeniem odrzuciła od siebie ryże kłaki Wasylka. Uspokoiła oddech, sprawdziła, czy ma zapasową reklamówkę w kieszeni i już miała iść, kiedy tuż obok niej padło niespodziewanie pytanie.
– Czendż manej? Zielone, ojro, bileciki, bibuła?
Ciotka wzdrygnęła się, ale nic już nie była w stanie dać znać po sobie. Cinkciarz – szarozielona chudzina – kulił się w kucki we wnęce muru tuż obok niej. Szczerze mówiąc nie zauważyła nawet, kiedy klapkiem przydepnęła mu mokasyna. Zastrzygła jednak czujnie uszami:
            – Bibuła? A co ma?
            – Wszystko ma. Freuda, Derridę, Woltera, Barthes’a, Bartoszewskiego, Darwina, Hobbesa, Kołakowskiego i Giedroycia. I do papierosów bibułki – prima sort, niemieckie.
Eufrozyna czuła jakąś większą ściemę w powietrzu – źle gościowi z oczu patrzy, a poza tym nie do końca wyczaiła, o czym gada. Ale dzień był naprawdę wyczerpujący, z wizyty Jego Miłości Własnej nici… A pies to srał.
            – Daj pan te niemieckie – rzuciła Ciotka.


28 lipca 2016 r.

*

Imam Micewicz poleca także inne przygody Ciotki Eufrozyny:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz