piątek, 26 sierpnia 2016

(5) Ciotka Eufrozyna spotyka Centkiewicza

Ciotka Eufronia zerwała się lepka od potu. Zrzuciła barchanową kołdrę na PCV i nie otwierając oczu próbowała wymacać pilota. Udało się – kojąca melodia głosu Proboszcza Purchaweczki wypełniła pomieszczenie.
Musiała się Ciotka strasznie rzucać we śnie, bo zrobiła sobie oczko w rajstopie, a jeden sandał przeleciał przez pokój i wywrócił wazonik z zaschniętą różą. Powoli usiłowała rozkleić powieki, a pod nimi wirowały jeszcze ostatnie obrazy koszmaru. Ogromny, Czarny Wielkolud – Tumbo z Przylądka Dobrej Nadziei – gonił ją po pokładzie parowca wycieczkowego „Warszawska Wenera” i bódł w pupę rogiem, chłostał grubym, czarnym ogonem. A co chlaśnie, Ciotka zadrży! A co śmignie, Ciotka w jęk! I nawet jej się podobało, ale cały czas ta dręcząca myśl, czy się Srogi Apollo nie rozsierdzi, czy Wenera zawsze nie ukarze, czy do twarzy jej w tym samodziałowym bikini, czy Słojowa nie rozgada z zazdrości…
– Sen-mara, Bóg-wiara! – Westchnęła Ciotka. – A właściwie wcale to nie takie straszne było. Wspomniała z rozrzewnieniem swojego Antka, co go sąsiadki i szwagierka nazywały „Palownikiem”. Podgłośniła TV Tkwię, rozłożyła dywanik modlitewny i dla umocnienia ducha chciał przyjąć asanę Prawa-i-Sprawiedliwa. Cóż, kiedy jakoś sama z siebie wyszła Rozważna-i-Romantyczna… Spróbowała ponownie, a tu – z przeproszeniem Wenery zawsze – Dupa-i-Uprzedzenie.
Zirytowana Ciotka sprawdziła kompasem, czy dywanik ułożony w stronę Częstogrzebia. Ułożony. To przekręciła w stronę Turonia – też święte miasto, najświętsze. Spróbowała znowu – znów nici. Zerwała kartkę z kalendarza i sprawdziła, czy dzień nie feralny, szabas jakiś czy inny ramadan. No, nie – normalnie, patroni: św. św. Żalek i Muchomorek, patronki: bł. Galadriela Pawłowicz i sługa Apollinowa Beata Mazurek-Kajmak. Cieki wodne zmieniły bieg po przedwczorajszej powodzi? Różdżka nie drgnie, wahadełko milczy jak zaklęte. A Ciotka, jak się nie mogła pomodlić, tak dalej się nie może. Tumbo i Tumbo.
Podgłośniła Ciotka jeszcze telewizor – szczęśliwie akurat Apel Żoliborski czytali. Przeniosła kryształ z komódki, strzepnęła kurz z dzierganej serwetki i walnęła pięścią heterodynę, żeby Radio Wenera zaskoczyło. Zaskoczyło. Jak zwykle. Z Prawego Kąta ryczy TV Tkwię, z – za przeproszeniem Wenery zawsze – lewego: Radio Wenera. Dywanik odwróciła w stronę Świętej Góry Wywalu. Klęka, gnie się, zaplata. Nic! Jak sparaliżowana: ani pozycja Żołnierz-Wyklęty, ani Narodowe-Siły-Unasienniania-Bydła, ani Apollo-Królem-Kraju-Polan. Nie odmówi Ciotka porannych modłów – a to ciężki grzech! Miała się zerwać jak oparzona i – znowu – jakby sama z siebie ułożyła się w asanę Dziewczynki-które-nie-szanują-swego-ciała. Zgroza!!! Pachnie herezją. Dobrze, że okna zaklejone „Gazetą Polską”, bo Słojowa już by doniosła.
Poczłapała do kuchni zaparzyć ziółka, ale przypomniało jej się, że powódź wypłukała z elewacji ostatni krzaczek mięty. Zrezygnowana zamknęła lufcik, a wówczas wzrok jej padł na plastikową torebeczkę z zatrzaskiem, porzuconą pod stołem. Synuś zioła przygotował przed wyjściem! Jaki on jednak kochany jest, choć niesforny taki… Szybko zaparzyła Eufrozyna kubek naparu. Potem jeszcze dwa. Trza korzystać, póki woda jest. I od razu nowy duch w Ciotkę Eufronię wstąpił. Weźnie se siaty, podleci na ryneczek, zrobi zakupki, a może i przedkupki… Co ja? Pomyślała Ciotka i spojrzała na kupeczek… Przestało jej smakować, ale za to tak strasznie się śmiać zachciało! Ni stąd, ni z owąd kręci Eufrozyna bekę – idzie i pokazuje, jak kręci. Nikt nie patrzy? Smutno. Zapuka się do Andżeliki!
– Co mamusia?! Drzwi!!! – Wita się grzecznie Andżela, zasłaniając piersi derką, a kolega bąka coś nieskładnie na dzień dobry i pochwalony.
– A! Drzwi! – Cieszy się Ciotka i pokazuje na drzwi. A potem pokazuje, jak kręci bekę, i kręci bekę. – Pochwa-, pochwa-, pochwalooooony! – I znowu w brecht i rechot. I jeszcze w brechot.  – Daj ci Andżelka pledzik upiorę – szarpać zaczyna.
– To ja już pójdę…  – Grzecznie zagaja kolega.
– Ja-, ja-, ja-, ja-, jajusz! – Eufrozyna jest rozanielona. Jaki miły chłopak. Prawie jak Tumbo!
–  Mamusiasięwyniesie!!! – Grzecznie kontynuuje Andżelika, macając pod łóżkiem w poszukiwaniu podkoszulka. Z tych nerwów, to jej się aż bejsbolówka przekrzywiła.
– Ładne oczy masz! Komu je dasz?!!! Jedasz, jedasz!!! – Drze się Ciotka już w drodze do kuchni.

*

Był taki czas w życiu Ciotki Eufroni, że więcej niż w kościółku przesiadywała w dziale dziecięcym osiedlowej biblioteki, która jeszcze nawet nie nazywała się pod „Św. Yohananem Logotetą”. Dziś chodniczek przed nią porastają krzaki ałyczy, kępy rdestu, końskiego szczawiu i nawłoci, ale wówczas tętniła ukrytym życiem i była cichą przystanią dla kilkorga dzieci z kluczem na szyi.
Ciotka nie przylazła tu całkiem przypadkiem. Zanim jeszcze dopadł ją ten koszmarny ból głowy, przeczytała na drzwiach bloku, że akurat dziś w bibliotece będzie spotkanie z Autorem Centkiewiczem. To ten od Tumba! – Ucieszyła się Eufrozyna. Działanie mięty powoli jednak ustawało i zgromiła się sama za tę nieprzystojną myśl. – Nie pójdę! – Zdecydowała. Dość nieszczęść na jeden dzień.
Ale wiadomo, jak to jest. Łeb naparza, zakupki się same nie zrobią, w dodatku zaczęła Eufrozynę męczyć Andżela. Co właściwie robił tam ten Tumbo-kolega? Usiłuje sobie Ciotka wytłumaczyć, że hymny ćwiczyli przed Poranną Yogą. Ale że bejsbolówka przekrzywiona? To do Andżeliki niepodobne… No, dobrze chociaż, że Nikolka na koloniach w poprawczaku. Dość ma to dziecko ciężkie życie i tak.
Tak to rozmyślając, a usiłując jednak nie rozmyślać, z głową obolałą i z lekka otumaniona, szła Eufrozyna, szła, dreptała, tu wdepła, tam wdepła, tam i siam jeszcze wdepnęła, odwiedziła Caritas, nie odpowiedziała na dzień dobry Słojowej, aż ocknęła się pod drzwiami biblioteki. Św. Yohanan Logoteta spojrzał na nią groźnie z szyldu. – A czego tu?! – zdawał się pytać.
– A wal się! – Odrzekła Ciotka i tak się przelękła własną bezbożnością, że aż uczyniła chyłkiem Znak Trykwetru. – Wbiegła do biblioteki, jakby ją kto gonił, i dysząc postawiła siaty za zeschniętą palmą.
Spotkanie już się zaczęło. – Młody jakiś ten Centkiewicz. – Pomyślała Ciotka i ze złością zlustrowała baby wmaślone wzrokiem w przystojnego Autora. – O! Słojowa już tu była. A taka świętoszka!
Pisarz, choć minął już trzydziestkę, łysiał tylko trochę na zakolach i czubku niewielkiej czaszki. Myślącym wzrokiem wodził czasem po sali i powłóczystymi spojrzeniami uwodził słuchaczki oraz pana Celestego w pierwszym rzędzie. Tylko Dziad Eligiusz chrapał na posłaniu ze starych  „Uwarzamrze” usypanym za półką „Literatura kulinarna i o dzierganiu”.
Autor nosił się z angielską elegancją – sztruksy miał wytarte na kolanach, na łokciach marynarki z elany naszyte lateksowe łaty. Zerówki na nosie – w disajnerskiej oprawie z drutu i kartonu – trochę ocierały mu się o zaczerwienioną krostę. Lakierki lśniły jak – z przeproszeniem Wenery zawsze – psu oczy na widok redaktora Siemki. A dzięki przykrótkim nogawkom człowiek zwracał raczej uwagę na zrobione na drutach skarpetki, a nie na przyszwę polepiona taśmą „Skecz”.
–  Bolek-Bolek-Bolek – ciągnął Centkiewicz swój wykład monotonnym głosem. – Bolek, Bolek! – ożywił się radośnie.
– Ale czy Bolek? – Przerwała wykład Słojowa i uśmiechnęła się przymilnie.
– Bolek! – Zagrzmiał Pisarz. – Bolek! Bolek! Bolek! Bolek!
– Bolek! – zaszumiały ze zrozumieniem Panie.
– No przecież, że Bolek! – Ofuknął je pan Celesty.
Panie znów zaszumiały, rozszumiały się wierzby płaczące, rozpłakała się Słojowa w głos (a przy tym, ocierając oczy chusteczką, zerkała zalotnie na Autora).
– Bolek! Bolek! Bolek! Bolek! Bolek! Bolek! Bolek! Bolek! – Grzmiał w świętym uniesieniu Centkiewicz.
– Bolek! Bolek! Bolek! Bolek! – Niosło się aż do pomieszczeń grzewczych, nieczynnych o tej porze stulecia. Euforia ogarnęła salę. Krzyki wzmogły się, aż książki zaczęły spadać z półek.
– Tumbo! – Rozległ się nagle nieludzki ryk zza regału. Gwar zamarł. Szron pokrył warstwy „Gazety Polskiej” przyklejone na oknach i chroniące PCV przed zabłoceniem. Zimy powiew wpadł z pomieszczeń grzewczych. Uśmiech na ustach zamarł Autorowi, Słojowej, wszystkim Paniom.
– Tumbo! Tumbo! – Zaryczał znowu Dyplomowany Dziad Miejski i Falangista Wyklęty Eligiusz Radziwiłł, gramoląc się zza regału. – To „Tumbo”! Spadł mi, kuhwa, na głowę! Sto lat tego w hęku nie miałem! Tumbo! Kuhwa! Tumbo! Tumbo! Tumbo!
Ale ciotka już nie słuchała. Gnała jak opętana w kierunku kościółka, a za nią galopował wyuzdany duch Wielkiego Czarnego Tumba i chłostał Grubym Czarnym Ogonem. A jak chlaśnie, Ciotka stęknie! A co smagnie, Ciotka jęknie! Zimne i gorące dreszcze, szalone podniecenie, strach i wizja śmiertelnego grzechu za nią! Więc do kościółka, do kościółka galopem! Dawno zostawiła za sobą klapki, a siaty w ogóle nie zdążyły biblioteki opuścić. Już widać minaret, już widać pylony kościelnego podworca!
Tylko czegoś taśma biało-czerwona w poprzek wejścia. I kartka wyrwana z Księgi dziękczynień i pochwał: „Na wniosek Kółka Pań w dniu dzisiejszym kościółek nieczynny z powodu ważnego, cennego wykładu profesora Bolka Cenckiewicza w bibliotece. Apollo z Wami i Wenera zawsze! X. Kanonier”.
– No, żeż kurwa. – Powiedziała spokojnie Ciotka.

*

Niezastąpiony Synuś jeszcze nie wrócił z aresztu, więc Eufrozyna sypnęła sobie pół kupka mięty z torebeczki. Odkupi mu, jak wypłacą pięćset plus na Nikolkę. Do marca powinni się uwinąć.
Mięta uspokaja. Ciotce udało się nawet pogodzić z Tumbem. W końcu, kiedy jeszcze byłą panienką, też jej się śnił codziennie. A co za to można, że się przyśni? Leży zwinięta na dywaniku modlitewnym w pozycji Dzikość-Serca i pochlipuje przez sen. Czasem do Antoniego westchnie, czasem do Tumba, czasem do obu na przemian. Zostawmy Ciotkę w spokoju teraz. Przyda jej się chwila intymności.
A co się stało w bibliotece, opowie jej pewnie Dziad Eligiusz. Jak se już zdejmie gipsy.



*

Stryj Wincenty poleca inne przygody Ciotki Eufrozyny:

(1) Antoni ma długi

(2) Antoni ma krótki

(3) Bibuła


2 komentarze:

  1. Zajebiste! Jak dla mnie - proszę o więcej! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Cała przyjemność po stronie Redakcji. Jak tylko ocucimy Wincentego - zaraz każemy mu się brać do roboty. Kłaniam się!
      Stryj

      Usuń