20 listopada 2017 r.
W Polsce toczy się 619 postępowań politycznych przeciwko obywatelom broniącym zasad demokracji.
poniedziałek, 20 listopada 2017
Z dziejów wyznań religijnych w Polsce (3) Agnostycy
Polska dla rybaków.
Nowe działy tematyczne w "MChaM":
oraz
Klikaj, udostępniaj, potępiaj!
niedziela, 19 listopada 2017
Staropolska kuchnia fusion. Diety Polskie Narodowe. Przewodnik, cz. 3
W chaosie kulinarnych mód, które za
sprawą nieprzemyślanej polityki imigracyjnej UE zapanowały także w Kuchni
Polskiej i na Polskim Stole Rodziny Wielopokoleniowej z Wazą (w skrócie KPiPSRWzW)
warto poszukać jakiegoś moralnego drogowskazu, który pozwoli zachować umiar
i zdrowy rozsądek (a przede wszystkim zdrowie, honor i ojczyznę) w tym – nomen omen – bigosie.
i zdrowy rozsądek (a przede wszystkim zdrowie, honor i ojczyznę) w tym – nomen omen – bigosie.
Gdy ze wszystkich stron zmysły nasze
atakowane są przez zapachy śmieciowego jedzenia, którym zatruwa nasze serca i
umysły kondominium międzynarodowych korporacji, gdy zewsząd straszą nas „Prawdziwe
Polskie Kebaby”, „Prawdziwe Polskie Sajgonki”, chleb z glutenem oraz gluten
z cukrem, a także obcy Prawdziwej Kulturze Narodowej hipsterzy rozlewający w komunikacji miejskiej tę swoją kawę z tekturowych, ekologicznych kubków, sięgnijmy do przepisów naszych Babek, Prababek, Praprababek, Prapraprababek oraz Praprapraprababek. I Dziadów. I Alibabek Narodowych.
z cukrem, a także obcy Prawdziwej Kulturze Narodowej hipsterzy rozlewający w komunikacji miejskiej tę swoją kawę z tekturowych, ekologicznych kubków, sięgnijmy do przepisów naszych Babek, Prababek, Praprababek, Prapraprababek oraz Praprapraprababek. I Dziadów. I Alibabek Narodowych.
To one – niczym Prawdziwe
Słowiańskie Królice (a nie zatrute antykoncepcyjnym czadem amoralne króliczki
plejboja), mimo Tragicznych Warunków Kraju Pozbawionego Niepodległości,
gospodarząc w Ubogich ale Gościnnych Polskich (Wielopokoleniowych) Chatach z
Wylotem na Dym w Strzesze (w skrócie UaGP(W)ChzWnDwS) dokonywały cudów
kulinarnych karmiąc Naszych Pra(praprapra)dziadów Niezłomnych, którzy poległszy
w kolejnych powstaniach wracali strudzeni do UaGP(W)ChzWnDwS, by pokrzepić się Staropolskim
Rosołem Winniary. (To znaczy zawsze tak się działo, jeżeli tylko dana
Pra(niepotrzebne skreślić)Babka akurat nie zmarła na zakażenie poporodowe,
urodziwszy szóste dziecko w wieku lat dwudziestu pięciu). Ale przecież
Ofiarnych Dziewcząt gotowych oddać swe serce (Chwała i Cześć!) Bohaterom nigdy
w Oyczyźnie nie brakowało – wystarczało więc wziąć sobie w takiej sytuacji nową
Pra(niepotrzebne itd.)Babkę, a już ona i zakrzątnęła się koło rosołu, i w
dodatku jakoś tam odchowała tę osieroconą dwójkę, co przetrwała przedwiośnie.)
Atoli – abośmy to jacy tacy, do qrvy
nędzy? – wszak Polska jako Odwieczne i Niezłomne Przedmurze Chrześcijaństwa już
od starożytności stała na straży Kultury Polskiej i rozmaite wschodnie (i zachodnie)
nowinki kulinarne nie były obce naszym Pr(praprapra)Babkom. Sięgnijmy do ich Nieśmiertelnych
Przepisów, aby na naszych stołach, przynajmniej od święta, zagościła choć
odrobina zdrowej (i co ważne – taniej) tradycji. Przyjrzyjmy się więc, jak
dylemat łączenia swojskiego z obcym rozwiązywały nasze (Chwała i Cześć!)
Pra(niepotrzebne, jeśli zmarłe w połogu, skreślić)Babki. Oto Staropolskie
Przepisy Kuchni fusion (z ang. groch
z kapustą).
1. Kuchnia dalekowschodnia
Sushi
Ciesząca się wzięciem w środowiskach
korpo (buchalteriach, księgowościach, kadrach) dieta sushi (czyt. suszi) ma
swoje znakomite rodzime odpowiedniki.
Futo-maki (duże płaskie roladki
sushi o średnicy 4-6 cm) uzyskujemy odkrawając mniej więcej dwucentymetrowy
plaster mortadeli i robiąc w nim palcem dziurę o średnicy palca. (Palec można
oblizać albo umyć). W tak powstały otwór wsuwamy rolmopsa, pamiętając o
usunięciu z niego tych patyków, którymi ktoś go ponabijał. Jest ryba? Jest.
Jest tanio i smacznie? Jest. Można? Można.
Hoso-maki (małe, wysokie roladki
sushi) wykonuje się identycznie, wciskając w odpowiednio długi kawałek serdelka
kawałek kiszonego ogórka, szczypior domowego chowu, albo, co kto lubi. Żadnego
ryzyka zatrucia nieświeżą rybą, domowe smaki, perfekcja prostoty. Zachęcamy do
samodzielnych eksperymentów, na przykład z pasztetową.
Ura-maki („odwrócone” roladki sushi,
w których ryż jest na wierzchu, a algi w środku). Pomijając takie świństwo jak
wodorosty, jest to danie najbliższe Polskiej Tradycji. Przyrządzamy je
dokładnie tak samo jak gołąbki, tylko odwrotnie. Ryż z mielonym na wierzchu,
kapusta do środka. Trzeba mocno uklepać, bo jak nie, przy gotowaniu może się
zrobić z tego Zupa Żołnierzy Niezłomnych. Też szlachetna, ale rzadka.
Jedząc sushi warto zadbać o wartościowy
i smaczny sos do maczania smakowitych krążków. Zdania w Redakcji są podzielone,
ale w zasadzie zgadzamy się, że sushi maczane w keczupie, musztardzie
sarepskiej i/lub oliwie od sardynek jest najlepsze.
Tofu
Popularne w kuchni wegańskiej,
ponieważ jest wegańskie. Prawdziwy Polak nie może być wegański, bo wtedy nie
będzie Prawdziwy. Ale karmę wrogów trzeba znać.
Zamiast „serka” tofu, który nie
wiadomo, z czego jest, można wykorzystać swojski, zakopiański oscypek. Także
nie wiadomo, z czego jest. Najtańszy w Sopocie tuż po sezonie.
Sajgonki
Też takie jakby gołąbki, tylko
chińskie. Robione z papieru ryżowego i mięsno-warzywnego lub krewetkowego nadzienia.
Spożywa się maczając
w sosie sojowym czy w czymś. Ulubione przez japiszonów, którzy mają dużo czasu i w ramach ćwiczeń krosfit nauczyli się jeść pałeczkami. My nie jesteśmy japiszonami, dlatego nasza wersja sajgonków przeznaczona jest do jedzenia widelcem (widelec i wazę do zupy Polska światu dała!).
w sosie sojowym czy w czymś. Ulubione przez japiszonów, którzy mają dużo czasu i w ramach ćwiczeń krosfit nauczyli się jeść pałeczkami. My nie jesteśmy japiszonami, dlatego nasza wersja sajgonków przeznaczona jest do jedzenia widelcem (widelec i wazę do zupy Polska światu dała!).
Inspiracją dla polskich sajgonków
była tradycyjna potrawa ludu angielskiego – fiszendczips. Jest to rodzaj
naleśnika zrobiony z wczorajszego wydania „The Sun” z nadzieniem z frytek i zapieczonej
na oleju flądry. Fiszendczips moczy się w gorącym oleju, w którym ma się całe
ręce. W wersji staropolskiej papier ryżowy (albo płachtę „The Sun”) zastąpimy
ostatnim przeczytanym „Faktem” lub „Gazetą Polską”. Chyba, że akurat buty przemokły,
wtedy „Gazetę Polską” utykamy w te buty, żeby przeschły. Ale jak nie przemokły,
robimy sajgonki. Z „Faktu” (albo „GP”) formujemy taką jakby miskę, do której
wrzucamy polskie produkty: wygotowane szczątki kury i włoszczyznę spod rosołu,
rybie głowy po gotowaniu wigilijnego barszczu, odsmażone wczorajsze ziemniaki,
sardynki z puszki, paprykarz szczeciński etc. Papierową kulę zawijamy i smażymy
w głębokim oleju. Może być po sardynkach.
Uwaga! Nie obsmażać w keczupie
albo/i musztardzie, bo danie utraci swój niepowtarzalny,
dalekowschodnio-kolonialny charakter. Podobnie – przy użyciu „Super Ekspresu”
lub „Uważam Rze”. Naprawdę warto w kuchni zadbać o składniki najwyższej jakości!
Z braku sosu sojowego gotowe
sajgonki obtaczamy w (bezglutenowej!) Staropolskiej Kaszy Jaglanej.
Kaczka po mandaryńsku
Wykwintne danie dla każdego
Polskiego Podniebienia.
Prujemy Kaczkę. Wnętrzności rzucamy
kotu. Acha! Nie – najpierw trzeba kaczkę oskubać i opalić resztki pierza nad
gazem (opcja niedostępna dla posiadaczy płyt indukcyjnych – w takim wariancie
można zjeść z pierzem). Następnie Kaczkę prujemy, a wnętrzności rzucamy kotu. Po
namyśle odbieramy kotu wnętrzności Kaczki i dajemy mu coś mniej szkodliwego. Kaczka
jest duża – bo napęczniała Polską dumą i w ogóle wzdęta od gazów – więc możemy
czegoś do niej napchać. Klasyczna kaczka po mandaryńsku napchana jest Mandarynami
(w Chinach) lub mandarynkami (przez lemingi i warszawkę). Odrzucając kulturową
supremację Tygrysów Dalekiego Wschodu oraz lemingów i warszawki zaproponujemy
tradycyjną polską wersję Kaczki napchanej pieczonym prosiakiem z kaszą
gryczaną. Jeśli ktoś jednak lubi eksperymenty, niech próbuje do Kaczki napchać
Mandarynów: Bochenka, Mazurek (w wersji na słodko), Rydzyka albo Szyszkę (w
wersji jarskiej), Ziobra (á la małopolska kwaśnica), Winniczka
(à la manière française), Piętę (błue!). Ale uwaga – napychanie Kaczki Mandarynami każe wziąć pod uwagę obecność w kuchni BOR-owików.
A gdzie kucharek sześć…
(à la manière française), Piętę (błue!). Ale uwaga – napychanie Kaczki Mandarynami każe wziąć pod uwagę obecność w kuchni BOR-owików.
A gdzie kucharek sześć…
Napchaną kaczkę wstawiamy do
piekarnika. Odkręcamy gaz na full, nie zapalając jednak płomienia. Czekam
chwilę. Nie za długą. Do kuchenki mikrofalowej wkładamy dezodorant męski, a
jeszcze lepiej antyperspirant do stóp. Ustawiamy kuchenkę mikrofalową na 5 min.,
włączamy, chwytamy kota pod pachę i spieprzamy jak najdalej od Nowogrodzkiej. Najlepiej,
gdzie pieprz rośnie (i/lub wanilia).
2. Kuchnia bliskowschodnia
Kuskus
Danie popularne wśród islamistów i
terrorystów, siłą rzeczy więc także wśród rodzimych lewaków, wegetarian, lemingów,
LGTB i pedałów, a więc tych wszystkich, którzy lekceważą Narodową Tradycję. Nie
tak jak my. Dlatego nasza wersja z oryginałem nie ma nic wspólnego, nawet na Polskiej
Pszenicy oszczędzimy. Islamistyczny kuskus robi się z kaszki kuskus, gotowanej na
parze, z dodatkiem baraniny, warzyw (m.in. dyni), zalewa bulionem. Islamistyczny kuskus podaje się na
sypko.
Kuskus staropolski przyrządzimy z
Kaszy Jaglanej (bez glutenu) ugotowanej na Wodzie spod Wawelu (WSW), gdzie poniosła
śmierć (Cześć i Chwała!) Pramatka Wanda. O baraninę w naszym środowisku
nietrudno, ale jeśli nikt się nie zechce poświęcić, zamiast niej wrzucimy do
gara Bratni Węgierski Gulasz. Dynia odpada, bo kojarzy się z Halloween, ale jej
rolę z naddatkiem spełni Staropolski Kartofel, a bodaj jeszcze lepiej –
Nieociosany Burak. Zamiast bulionu – bezwzględnie Rosół. Rosół rozwiąże też
problem innych warzyw – rozgotowanego pora, seler, pietruszkę i marchew
dorzucamy do Kaszy i rozciapciujemy widelcem (widelec i wazę Polska światu itd.).
Gotowy kuskus przekładamy do wazy (wazę i widelec Polska światu) i jemy
wspólną, Bratnią Chochlą, podawaną z rąk do rąk.
Kebab
Przed meczykim, po meczyku i w
trakcie. Przed ustaweczką i w trakcie (po ustaweczce – kroplówka, transfuzja).
Doskonały pod piwko, wódeczkę
i wuwuzelę. Sos do kebaba znakomicie komponuje się kolorystycznie z szalikiem. I z kominiarką, szczególnie w okolicy otworu chłonącego.
i wuwuzelę. Sos do kebaba znakomicie komponuje się kolorystycznie z szalikiem. I z kominiarką, szczególnie w okolicy otworu chłonącego.
Polski kebab? Żadnej baraniny!
Gotowana kura spod rosołu, siekany schabowy w panierce lub karkówka z grilla
znakomicie odnajdą się
w towarzystwie sałatki coleslaw (resp. Bolesław), Polskiej Mizerii lub Resztek z Bigosu. Tak przygotowane nadzienie upychamy w bułkę (nie kajzerkę i nie paryską!), naleśnika, racucha, placka ziemniaczanego, resztki ciasta po pierogach (ale nie ruskich!). Aha i broń Boże w bajglę! Przy braku pieczywka po prostu napychamy łapami pod kominiarę. Palusie lizać! Jako sosy najlepsze: keczupik, musztardka sarepska, olej spod sardynek, piweczko, zasmażka do pierogów, smalec ze skwarkami, Zbyszko Cola. Jeśli lubicie na ostro – proponujemy zjeść racę lub petardę. Petarda! W braku racy i/lub petardy można też podzielić się życiową mądrością („HWDP”) z wygłodniałymi przedstawicielami sił porządkowych otaczających stadion i/lub budę z kebabem.
w towarzystwie sałatki coleslaw (resp. Bolesław), Polskiej Mizerii lub Resztek z Bigosu. Tak przygotowane nadzienie upychamy w bułkę (nie kajzerkę i nie paryską!), naleśnika, racucha, placka ziemniaczanego, resztki ciasta po pierogach (ale nie ruskich!). Aha i broń Boże w bajglę! Przy braku pieczywka po prostu napychamy łapami pod kominiarę. Palusie lizać! Jako sosy najlepsze: keczupik, musztardka sarepska, olej spod sardynek, piweczko, zasmażka do pierogów, smalec ze skwarkami, Zbyszko Cola. Jeśli lubicie na ostro – proponujemy zjeść racę lub petardę. Petarda! W braku racy i/lub petardy można też podzielić się życiową mądrością („HWDP”) z wygłodniałymi przedstawicielami sił porządkowych otaczających stadion i/lub budę z kebabem.
Falafel
Rymuje się z „wafel”. Poza tym to
kuchnia izraelska (patrz „miska soczewicy”). Nie ma odpowiednika w polskiej
tradycji.
C.D.N.
Starszy ogniomistrz podkuchenny, Stryj Wincenty
poleca także inne swoje przemyślenia o Kuchni Polskiej:
Diety Polskie Narodowe. Przewodnik, cz. 1
Diety Polskie Narodowe. Przewodnik, cz. 2
Starszy ogniomistrz podkuchenny, Stryj Wincenty
poleca także inne swoje przemyślenia o Kuchni Polskiej:
Diety Polskie Narodowe. Przewodnik, cz. 1
Diety Polskie Narodowe. Przewodnik, cz. 2
wtorek, 14 listopada 2017
Diety Polskie Narodowe. Przewodnik, cz. 2
Dieta
niskotłuszczowa
Nie ma się co oszukiwać, Polacy
lubią tłuszczę. W ostatnich dniach na przykład sześćdziesięciotysięczna
tłuszcza rozlała się w stolicy na Rondzie Dmowskiego, ściekła następnie Alejami
(wybaczcie, antysemici!) Jerozolimskimi i cieknąc Mostem Poniatowskiego uformowała
nacieki, złogi cholesterolowe i skrzepy pod Narodowym Koszykiem na (Białe) Jajca.
Tłuszcza była kolorowa. W zasadzie chciała wyglądać na biało-czerwoną (od
kolorów słoniny i bekonu), ale wyszło jak zwykle. Najprawdopodobniej skutkiem
ciepła emitowanego przez niesione race tłuszcza się najwyraźniej nadpsuła i
przyjęła barwy butwieliny i pleśni – czarną oraz zieloną. Na nic nie zdały się
świece dymne, w których oparach tłuszcza miała się podwędzić na przyjemny
brunatny kolor plam wątrobowych. Smród – i owszem – poszedł na całą Europę, ale
urody tłuszczy to nie uratowało. Policja właściwie od razu zrezygnowała z
grillowania tłuszczy w obawie przed zapaskudzeniem rusztów. Poza tym i bez
skwierczenia tłuszcza była głośna. Padały okrzyki takie jak: „Biała słonina,
biała kiełbasa, biały smalec”, „Białe kaski robią laski”, „Nabiał tak, ale
biały”, „Szmalec tylko dla szmalcowników”, „Grill bez warzyw” oraz „My chcemy
parówy”. Tłuszcza targała też wielkie menu restauracyjne z reklamą białego żuru,
białej kapusty i białych buraków.
Organizatorzy tłuszczy twierdzą, że
w tłuszczę wmieszała się godna pożałowania dwuosobowa grupka
wegetarian-prowokatorów, którzy usiłowali – jak najniesłuszniej i na szczęście
bezskutecznie – podburzyć tłuszczę, aby niczego nieświadoma w swej niewinności skompromitowała
wartości odżywcze tłuszczy. Co się nie udało, a kto twierdzi inaczej, jest
weganin i basta!
– Tłusty żur to znak rozpoznawczy
polskiej tłuszczy narodowej. – Mówi anonimowy tłuszczak, który górną wypustkę
kadłuba owinął serwetą. – Nasze sylwetki niech posłużą za przykład innym
narodom, co nawet nie wiedzą, do czego służy widelec – wtóruje mu młoda łojówka
[chyba miało być „jałówka”?! – red.]. Widelec i tłustego żura Polska światu
dała! Koniec z kondominium zachodnich konsorcjów, jak Ulgix czy Travisto. Teraz
wiatry biją od Polski! – kończy dumnie.
Dopóki wiatry biją od Polski, przyjrzyjmy
się jednak kuchni beztłuszczowej, preferowanej przez wielu zagranicznych
turystów o podniebieniach mniej wyrobionych niż krajowa tłuszcza. Warto
pamiętać, że to oni zostawiają w kieszeniach restauratorów szmalec pozwalający
obrastać tłuszczykiem tłuszczy polskiej. Czy „chuda” dieta ma jakiekolwiek
zalety? Zaczniemy od krótkiego omówienia wartości smakowych i odżywczych
niektórych jarzyn i warzyw.
Groch, fasola, bób
Myli się, kto sądzi, że to okryta
niesławą „włoszczyzna”. Znali je już nasi Piastowscy Ojcowie. To właśnie dzięki
fasolowej i słynnej Wojskowej Grochówce już od wieków (przynajmniej od
zwycięskiej Victorii Wiedeńskiej) wiatry biją od Polski! Nie przypadkiem mniej
radykalna część sobotniej tłuszczy skandowała „My chcemy boba!” (co złośliwe i
sponsorowane przez wiadomą, zachodnią stację telewizyjną, środowiska „homo”
przekręciły na „My chcemy Boba!”). Bób co prawda dobry i z wody, ale grochowa i
fasolówka nie odnajdą się bez tłustej wędzonki. Tylko tradycyjny groch
z kapustą jakoś przejdzie bez okrasy.
z kapustą jakoś przejdzie bez okrasy.
Kapusta
Podstawową jej postacią spożywczą
jest tzw. kapusta parzona, której aromat niesie się właśnie po wszystkich
klatkach twego bloku. Nie wymaga komentarzy, ale najlepiej parzy się na smalcu.
Inne znakomite wcielenia swojskiej kapuścianej
główki to surowy głąb, sałatka Coleslaw (i – lepsza naszym zdaniem, bo narodowa,
jej odmiana – Bolesław), Bigos Staropolski, gołąbki i Pierogi z Kapustą. Prócz
głąba na surowo (prawdziwy specjał!) pozostałe potrawy nie gardzą towarzystwem
tłuszczów zwierzęcych. Pewnym wyjątkiem jest sałatka Bolesław, do której jednak
zamiast islamistycznego jogurtu lepiej dodać swojskiego smalcu ze skwarkami, a
zamiast marchewki – mortadeli.
Modro kapusta
Zakamuflowana opcja czerwona. Niedopuszczalna
na Prawdziwie Polskim Stolcu.
Sałata
Bue!
Ziemniaki (pyry, grule)
Najlepsze w postaci Staropolskich
Frytek z majonezem albo z suchą rybą zasmażoną w głębokim tłuszczu (w kuchni fusion łączy się te dwie potrawy). Jeśli
z wody, to koniecznie jako dodatek do golonki lub rolady śląskiej. Plus sosik. I
skwarą też się nie pogardzi.
Rzepa
Nieprzypadkowo o Zdrowych Polskich
Dziewczętach mówi się, że są jak rzepa. (A o młodzieży męskiej, że jak rzepak –
smukli, wątli, żółtawi i lekko oleiści w dotyku). Matka Narodu Polskiego
nazywała się kiedyś Rzepicha (ze staroPolskiego „Bardzo Ogromniasta Rzepa”). To
do niej powiedział Piast „Daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj”, kiedy spłodził
Lecha, czecha, rusa, prusa i widelec. Rzepa od niepamiętnych czasów jest
synonimem zdrowia, krzepy i płodności. Zapach rzepy jest silnym afrodyzjakiem.
A przynajmniej tak słyszeliśmy.
Czosnek
Wiadomo, kto je czosnek. Odpada.
Cebula
„Przywieźli ją Niemce w żółtej
sukience, jak ją obierali, to gorzko płakali”. Odpada ze względu na kraj
pochodzenia. Ale dobrze im tak, że płakali. Przywieźli cebulę – paniska. A
samochody to my musieli sami brać.
Starczy tego. Z naszego krótkiego
przeglądu wynika, że jarzyny i warzywa można jeść prawie wyłącznie jako dodatek
do miąs, mięsiwa, smalcu, margaryny, łoju, dzikiego mięsa, skwarek, masła,
masmixu, majonezu i pieczeni. Same z siebie nie stanowią żadnej wartości, albo
legitymują się niewłaściwym pochodzeniem (włoszczyzna, czosnek). Ten prosty
eksperyment dowodzi, że jeśli chodzi o dietę niskotłuszczową, to rację ma
polska tłuszcza narodowa. Zamiast czwarzyć głupie kawałki następnym razem
pójdziemy wraz z polską tłuszczą na pochód szlakiem Prawdziwych Polskich Pubów
i Bud z Kebabem.
Jako
gratis od Redakcji: Krótki przewodnik po ziołach polskich
Cząber – żeby ziemniaki czymś
smakowały.
Estragon – nie ma takiego słowa w
Google Tłumacz.
Kminek – od kmina / rozkminić; generalnie
słowo zaczerpnięte z grypsery; Prawdziwy git-Polak nie zna takich wyrazów.
Macierzanka – patrz: tymianek.
Majeranek – koniecznie do fasolowej!
Marihuana – albo ganja; w
paczuszkach zwana też brokułem; zioło par
excellence.
Melisa – uspokaja, ale (zob.)
marihuana lepiej.
Mięta – to, co czujesz na widok Nikoli,
kiedy pokazuje ci „fucka”.
Rozmaryn – rozwija się (co w znanej
piosence oryginalnie zrymowane zostało z „zaciągnę się”, jest więc rośliną
heraldyczną żołnierzy i/lub palaczy opium).
Tymianek – patrz: macierzanka.
Xenna – mieszanka ziół zalecana
polskiej tłuszczy narodowej na uspokojenie, tyleż nerwów, ile – jelit.
poniedziałek, 13 listopada 2017
Diety Polskie Narodowe. Przewodnik, cz. 1
W związku z licznymi zapytaniami do
Redakcji „MCHaM” postanowiliśmy opublikować kieszonkowy przewodnik po
popularnych dietach Wielkiej Polski. Za konsultacje dziękujemy w szczególności
Magister Nabrzmiałej (która jest jednak bardzo szczupła).
Ryc. 1. Mgr Nabrzmiała (ale szczupła).
1. Narodowa Dieta Bezglutenowa
(ND-B)
Wskazana dla wszystkich osób, które
dotąd jej nie próbowały. Jeśli chcesz być na towarzyskim topie, koniecznie
musisz oczyścić organizm z glutenu!
Ryc. 2. Joachim Loew już pozbył się
glutenu z organizmu. A ty?
Dieta bezglutenowa charakteryzuje
się nieobecnością glutenu. Najważniejszą w niej wskazówką jest, by nie spożywać
niczego, co zawiera gluten, lub
o czym znajomi utrzymują, że zawiera, zawierało, będzie lub może zawierać gluten. Nie należy też spożywać glutenu w postaci czystej, a tym bardziej glutenu zawierającego gluten. A przynajmniej ograniczyć jego spożycie.
o czym znajomi utrzymują, że zawiera, zawierało, będzie lub może zawierać gluten. Nie należy też spożywać glutenu w postaci czystej, a tym bardziej glutenu zawierającego gluten. A przynajmniej ograniczyć jego spożycie.
Dieta bezglutenowa była zjawiskiem naturalnym
w Polsce czasów schyłkowego PRL-u, kiedy w sklepach niczego nie było, glutenu
zatem też nie. W czasach piastowskich, kiedy na Staropolskich Stołach królowała
Kasza Jaglana bez Omasty, dieta ta także nie wzbudzała zdziwienia. Trudno dziś dać
temu wiarę, ale glutenu wtedy w ogóle nie uprawiano; gdzieniegdzie jedynie po
lasach błąkały się, porykując smętnie, pojedyncze osobniki.
Ryc. 3. Polskie sklepy wolne od
glutenu!
Obecnie zdyscyplinowane
przestrzeganie diety bezglutenowej wymaga wykazania się pomysłowością (z pol.
kreatywność) i obrotnością (z pol. kreatywność), ponieważ gluten jest we
wszystkim. Dotarł do nas skutkiem aneksji Polski przez Unię Europejską, podboju
Rynków Polskich przez obcy kapitał, a także zatrucia Polskiego Powietrza przez
niemieckie samochody, francuskie elektrownie atomowe oraz islamistyczne budki z
kebabem.
Aby przestrzegać Narodowej Diety
Bezglutenowej w praktyce najbezpieczniej jest jeść wyłącznie kaszę jaglaną
(bezglutenową możemy dostać na stoiskach z ekożywnością w cenie
nieprzekraczającej dwunastokrotności ceny kaszy pełnoglutenowej). Wskazane jest
gryzienie na sucho, ponieważ dodawana do jagły woda może zawierać gluten.
Najlepiej smakuje utarta własnoręcznie na bezglutenowych żarnach z czasów
piastowskich lub w bez- glutenowym moździerzu.
Ryc. 4. Ekoprodukty podbijają
polskie sklepy!
Przepisy na bezglutenowy kebab
Ryc. 4. Prawdziwy Polski Kebab (z
powodu islamistycznych prowokacji restaurator podaje się za Nowozelandczyka).
Sposób pierwszy.
Potrzebny ci będzie
kebab pełnoglutenowy, destylarka dziadka (ta sama, za pomocą której obalał
komunę), kuchenka mikrofalowa produkcji polskiej, bezglutenowa misa gliniana
oraz łyżka z lipy czarnoleskiej.
Kebab wduszamy do lejka od
destylarki, w razie kłopotów posiłkując się walonkiem. Destylujemy powoli.
Bezglutenowy produkt nagarniamy do misy i podgrzewamy w mikrofalówce produkcji
polskiej. Jeść koło przyczepy kempingowej – łyżką. Smacznego!
Ryc. 5.
Głodni miłośnicy Kuchni Polskiej posiłkują się walonkiem.
Sposób drugi.
Potrzebny ci będzie
bezglutenowy comber z ciecierzycy, mąka bezglutenowa z polskiego perzu, woda
bezglutenowa z Naszych Źródeł, Ręczna Staropolska Maszynka do Mięsa babci, grill
tatusia, Piastowski Płomień Wiary, imigrancki piec tandoori (wyegzorcyzmowany i
zdezynfekowany płynem antyglutenowym), trojaki aluminiowe i harcerski
niezbędnik (z demobilu ZHR).
Comber z ciecierzycy (z przydomowego,
polskiego ogródka) mielimy w Maszynce i formujemy z niego zgrabne falafele.
Rozpalamy Piastowski Płomień Wiary na grillu tatusia. Grillujemy falafele,
równocześnie piekąc w piecu tandoori podpłomyki z mąki bezglutenowej rozrobionej
na gmaź piastowską z bezglutenową wodą. Falafele zawijamy w podpłomyki i błogosławimy.
Układamy w trojakach warstwami. Jemy niezbędnikiem.
Najlepiej smakuje koło przyczepy
kempingowej w otoczeniu Wielopokoleniowej Rodziny, ale świetnie sprawdzi się
także w lanczboksie (z pol. trojaki), którym popisać się możemy w korpo (z pol.
na zakładzie).
Doskonałe do białego wina (nie
komponuje się z – tfu! – czerwonym), żółtawego piwa, białej wódki oraz do
wódki. W sumie pod taką mętnawą wódkę też podchodzi.
Uwaga! Na stronach serwisu
Glutenwatch (www.glutenwatch.org) możesz
znaleźć zdjęcia i adresy znajomych, którzy wciąż mają kontakt z glutenem. Chroń
swoje dziecko! Chroń Naród Polski!
Quiz narodowy
Z okazji minionych obchodów Święta Niepodległości Redakcja proponuje mini-quiz. Czy potrafisz właściwie zinterpretować hasła patriotyczne?
niedziela, 12 listopada 2017
sobota, 11 listopada 2017
wtorek, 11 października 2016
sobota, 8 października 2016
(7) W Bierdonie rządzi Eufrozyna
Poszły ze Słojową we trzy. Czyli we
dwie, a Kwapicha dołączyła po drodze. Niby że do kościółka miały iść z początku,
ale Słojowa zaraz, że to, że tamto, że gazetkę znalazła w skrzyni na suchy
chleb.
– „Reality”? – ucieszyła się zaraz
Kwapicha.
– No nie.. ale z Bierdonki, nowa. O!
Jesienna promocja crocksów, na przykład. Jak się weźnie dwa różnych rozmiarów,
to dają gratis kubota z tylko lekko pękniętą podeszwą, albo jeden rzymianek bez
sznurków.
– A Prawy czy lewy? – zainteresowała
się Eufrozyna.
– Prawy! Tylko Prawy! – Oburzonym
chórem przystrofowały Ciotkę kumy.
To Ciotka trochę zmarkotniała, bo od
ciągłego kłapciania w dwóch Prawych klapkach odciski się jej porobiły i po
cichu miała nadzieję na drobną liberalizację państwowej polityki obuwniczej.
No, ale przecież nie będzie się rozklejać z powodu jakiegoś tam łapcia. Skoro
producent lewych nie chciał podpisać umowy offsetowej, to co rząd na to może,
choćby się i starał? Po drodze do kościółka czy na plac zabaw z Nikolcią to
zawsze jakieś pustaki się znajdą, ytongów czy palet stosik, to i przysiąść da
się, i rozmasować. Jak się w lecie babka przydarzy na jakim trawniczku, łączce,
można liściem palca zawinąć – czasem trochę na otarcia pomoże, częściej nie,
ale przecież nie zaszkodzi. Taki sposób naszych babć, dawna mądrość.
A rzymianek i bez rzemyków przyda się – muchę klasnąć czy
mola na etażerce, albo powachlować się, kiedy dzień upalny. Nawet bardziej
elegancko niż, dajmy na to, samą ręką czy tam zwiniętym „Wesz-dziennikiem”.
– O! Woda spod ogórków potaniała!
„Teraz dwa słoje w cenie trzech” – sylabizuje Kwapicha.
– I buraki z żywymi kulturami
bakterii… W pół doby zakisić na barszczyk można. Jeśli zaczną grzać… „Przy
zakupie powyżej siedemnastu kilo – gratisowy prezent”.
– Jaki?! Jaki prezent?! – Tym razem
Ciotka chóralnie zainteresowała się ze Słojową.
– Książka.
– A. I tak mnie nie stać. Pięćset
plus dopiero na wiosnę mają dać, a i to nie wiadomo, bo nowy program socjalny
dla elektoratu pijącego będą wprowadzać. Dobrodzieje.
– Ano, dobrodzieje, dobrodzieje! – Zgadzają
się (chórem) ze Słojową Kwapicha.
– Ale uważa pani. Tu pisze, że
darmowy prezent także dla posiadaczy karty „Krecha plus”. Jeśli nie było
zgłoszonej windykacji.
– No to może… – Waha się Ciotka. – A
jaka ta książka? Z przepisami? Album na pamiątki?
– Nie. Piszą, że nowy besceler
Xiędza Jacka. „Jedwabne”. A nie! To kolorowanka dla dzieci. A besceler – „Niepomszczone
krzywdy, nieuprane gacie. Z dziejów Płockego Ruchu Narodowego Ciemiężonych
(PRuNĆ)”. Tak. „PRuNĆ Pomścimy”. Nie. „Pomścimy” to wydawnictwo. I piszą, że
nie tylko besceler, ale i nowość – od przedwczoraj na półkach.
– Fajny ten Jacek. I dziewczynę ma
taką ładną. W „Reality” oglądnełam.
– Widziałyśmy, widziały! – Ciotka z
Kwapichą chórem. – Ładna, ładna. Ale to uważać trzeba z ładną.
– No. Żeby utrzymał, bo to wiadomo,
jak z dziewuchami.
– Wiadomo.
– Wiadomo. Synuś, jak pierwszy raz
szedł siedzieć, mówi: „Mamusia nie denerwuje się, Renia o wszystko zadba,
szlugi tam, grypsy”. A tyle jej widział! Zaraz się wokół jakiegoś zakręciła. Na
rower poleciała i szmatki – jakąś tam kurtkę z ortalionu, farmerki. Pierwsze
kłopoty w związku i fru! Teraz nie taka młodzież, jak kiedyś. Oni to używać
chcą, bawić się tylko… Synuś już nie ten sam wrócił z odsiadki. Dziki się taki
zrobił, nieufny…
– No, dziki, dziki. Wczoraj mi na
klatce sikał do bezpieczników. Dobrze, że prądu nie ma, bo by…
– A co mi tu Słojowa wygaduje?!
Synuś nie taki. Coś się Słojowej od przeciągów w głowie pomieszało!
– Mnie się pomieszało?!
– Pisali w „Reality” pod zdjęciem –
próbuje załagodzić kłótnię Kwapicha – że to taka pierwsza miłość od pierwszego
wejrzenia. Znaczy Xiędza Jacka i Justyny.
– Ech… - rozmarza się ułagodzona
Ciotka.
– Ech… - dodaje w kontrapunkcie
Słojowa.
– A moja Nikolcia to też raz prawie
jednego złowiła…
– Xiędza Kanoniera!!! – Pęka ze
śmiechu Słojowa, a Kwapicha aż za serce się łapie. – A Andżelika niech se Wikarego
złowi, póki brzucha nie widać!!!!
– Aaaa! I tak nie mam miejsca na
książki! Głupoty same! Gdzieś trzeba trzymać przetwory, jak piwnice zalało. –
Rozzłoszczona znowu Eufronia ucina rozmowę. I chwilę milczą, ale niedługo. Bo w
gazetce dużo do omówienia nowości – komplet pięciu Prawych skarpet z naturalnej
wiskozy, szynka z gołębiny, sznurek konopny do gaci, kawa palona z żołędzi, tagliatelle
o smaku makaronu. I sporo jeszcze innych atrakcji.
Od słowa do słowa jakoś tak
wyszło, że się do Bierdony poszło, a do kościółka i tak się zdąży. Zwłaszcza,
że pewnie zamknięty. („Z powodu gratisowej promocji bescelera X. Jacka Międlenia,
informuje się, że w dniu dzisiejszym kościółek otwarty będzie jutro od rana.
Niech Was itd. Wenera zawsze. X. Dobrodziej PS. W razie deszczu proszę nie
włazić pod wiatę modlitewną. Teren prywatny!” – tak sobie Ciotka wyobraża
kartkę na drzwiach, żeby się sama trochę usprawiedliwić)
Tak gdzieś zaraz za ruinami przedszkola zaczęło być widać
koniec kolejki. Wiła się zakosami pomiędzy stosami jeszcze nierozkradzionych
cegieł z rozbiórki żłobka, błotnistym bajorem w wykopie i powywracanymi
kontenerami na śmieci. Komitet porządkowy już organizował kolejność,
rozstrzygał spory, ingerował w bójki. Gdzieś od przodu pomachał do sąsiadek pan
Celesty, widać od rana czatował na lepsze miejsca, a może po prostu przedstawił
komitetowi jakieś papiery, żeby w ogonku awansować. Kto jego tam wie. Może znów
komuś wcisnął, że Wnusio jest kapralem w Milicji Fidelis? Kto sprawdzi? A za bardzo
w takich sprawach grzebać – wiadomo.
No, ludzie, jak to zwykle, towarzyscy, pogodni. Porozmawiają
sobie o tym czy tamtym, pograją w gry różne. W Telewizji Narodowej i TV Trwam
reklamują teraz dużo „dupniaka”, ale niektóre panie nieśmiałe, krygują się,
więc w grę patryjotyczną to tylko kilku panów rozgrywa mecza, pozostali
kolejkowicze to w „małpkę” chętniej. Albo – też patryjotycznie przecież – w „brzozową”.
Na wędkarskich krzesełkach rozstawili niektórzy plansze z
tektury falistej – tu się pogra w szachy, tu w warcaby, tam w tryk-traka, gdzie
indziej w chińczyka. Młodzi w prze-bierki, starsi w o‑bierki, bo bardziej
głodni. Kwitnie hazard – trzy karty, kości; ci się siłują na rękę, inni silą na
wesołość. Jakieś kobiety porobiły polowe kuchenki na trzech cegłach. Warzą w
garach kaszę, grochową na smalcu, podgrzewają dżem o smaku truskawkowym albo i keczup
z musztardą. Krążą sprzedawcy przekąsek – można za kopiejkę-dwie kupić bezglutenowego
gofra z roztartych kasztanów, albo tubkę kleju biurowego do ssania dla dzieci. Jedna
lewaczka otworzyła nawet kolejkową szkołę fitness i część czekających robi,
stękając chórem, niezgrabne przysiady. Na to panie z Koła Akcji Nabożnej
(Action Dévotionnelle) im. Marka, Jurka, Darka i Stefczyka zakontrmanifestowały:
rzuciwszy na ziemię, co kto miał, dalej się wyginać w asany medytacyjne – „Caracal-nie-Poleci”,
„Ordo-Luris”, „Kawa-Luris”, „Machorka-Zbutwis”. Jedna nawet „Bochaterom-Chrzęść-I-Pała”,
ale akurat nie wyszło, bo się była za-chy-chwiała i w błoto rymła. I chrześci.
Wzdłuż ogonka posuwa się tymczasem boso pan w zniszczonym
prochowcu. Co parę metrów poły rozchyla – co śmiechu, co pisków, co radości!
Atmosfera piknikowa, jednym słowem. Tyle że czasem jakieś zamieszanie się
wkradnie.
– Wody odeszły! – Ryknie nagle jakaś
młoda grubaska. – Natychmiast ruch i szum, z ust do ust podają, że wody
odeszły, już się część kolejki wycofuje, sprawdzać, co w piwnicach, czy coś z
kartofli jeszcze się da dosuszyć, czy wózkarnie już dostępne. Pozostali,
zadowoleni, podciągają do przodu, przepychają się, a nuż o jedno-dwa miejsca da
się zaawansować, bo przecież dla wszystkich sznurka, kleju, ziarna na zacier
nie wystarczy…
– Wody odeszły! – Jęczy ogarnięta
obsesją młoda, ale już ją grzecznie dwóch młodych patryjotów za ręce, nogi
bierze, na bok odciąga po błocie, między piołuny i nawłocie przekwitłe, niech
trochę odpocznie na trawniczku, się uspokoi. Znów można o jedno miejsce troszkę
podejść.
– Ty oszuście pierdolony! – rozedrze
się tymczasem jakiś doliniarz, bo komuś portfel przejrzał i – za przeproszeniem
Wenery zawsze – gówno tam znalazł, tylko obrazki z Sercem Apollinowym Gorejącym
Bardzo Pobożne. – Ty złodzieju, chamie! – I już znów się kolejka dzieli, jedni
za kieszonkowcem przeciwko oszustowi, drudzy za emerytem przeciwko złodziejowi,
wszyscy swoje racje mają, swoje argumenty, zdanie swoje na każdy temat, a
chyłkiem, to się starają jeszcze o dwa, trzy miejsca do przodu… Przepychanki,
swawole – żebyż to co dzień takie atrakcje w naszym sandżaku!
Ciotka
z kumami też nie marnują czasu. Kwapisze udało się z jakimiś kobiecinami ze Slumsów
im. Karczewskiego wymienić gazetkę na specjalny numer „Reality” z gratisem
jeszcze nierozpakowanym. Dobra z Kwapichy sąsiadka, wyjęła z celofanu okrawek
zwyczajnej, pilnikiem do paznokci podzieliła na trzy równe części, żuje
Słojowa, żuje teraz Ciotka, żuje i Kwapicha. Żują i uwagi wymieniają.
– A jaki Ładny ten portret
Pierwszego Prezesa na Brzózce powiesili!
A rzeczywiście portret Ładny, na
tekturce falistej podklejony, w koszulce z plastiku, żeby nie zamókł, z dołączonym
obrazkiem jeszcze jakimś prymicyjnym, modlitwą o wstawiennictwo u komitetu
porządkowego. A obok ś.p. Ajatołach, jak malowany, cały w śladach szminki. A
jeszcze obrazki wotywne błogosławionej Galadrieli Pawłowicz, protektorki naszej
i opiekunki Osiedla im. Żoliborskich Prowodyrów. Brzózka niby nieoficjalna,
zwyczajna, jak przed każdym sklepem, spółdzielnią, w podbutwiałej donicy z
klepek paździerzowych, ale przez te kolejki to się jakby trochę miejsce Kultu
Przenayświętszego zrobiło. I ludzie też co i rusz klękają, ale tylko niektórzy,
bo miejsce w kolejce łatwo stracić. Więc Ciotka z drużyną lekko tylko głowy
schyliły, Trykwetry Św. na piersi nakreśliły ciut ostentacyjnie, pomruczał po
nosem, czy „Kaczkę Dziwaczkę”, czy „Białego Misia”… Czyli z szacunkiem, ale
jednak ostrożnie, bo życie (i Bierdonka) ma swoje prawa.
Tego to chyba właśnie jakaś młoda matka-lewaczka nie
wiedziała, bo jej pociecha, znudzona widać dreptaniem przez sześć godzin w
miejscu, wyciągnęła spod kabatka samolocik z kartki zeszytowej i dalejże wokół
Brzózki skakać, że niby lata, spirale, beki kręci. Ludzie zamarli, tylko
dziecka rozweselony głos się niesie po placyku, pan Celesty coś przy komórce
manipuluje i nie on jeden, z kolejki wyszedł jakiś niepozorny w burej marynarce,
legitymację pokazał – Oprycznina Narodowo-Religijna. Matka nie protestuje. Wie,
że nie upilnowała. Dziecko też wsiada do budy, zaciekawione, co się dzieje. Woźnica
strzela z bicza, ktoś kucnął przestraszony. Fidelicjanci napięli bary, cała
szóstka, jak jeden mąż, aż im się chomąta wżęły w ramiona. Ruszyła buda z
upiornym skrzypieniem. Pojechali. O jedno miejsce do przodu.
O dwa. Okazuje się, że dziecko trzymało kolejkę dla babci.
*
Słońce już ostatnich kresów nieba
dochodziło, kiedy kumy z Ciotką do drzwi Bierdonki dopchały się. Dobra nasza.
Do zamknięcia jeszcze czas, jeszcze coś się ze stosów, koszy, łóżek
rozkładanych, bułgarek, kobiałek, łubianek, palet wybierze. Wszystko jedno.
Każde coś może się przydać do czegoś. Każdy wie.
Przez
szczelinę pomiędzy starymi numerami „W Sierści”, którymi zalepiono szyby, widzą
sąsiadki, że na sklepie i Marka-ochroniarza brak, i znajomej kierowniczki. Niepokój.
Jak jacyś nowi są, to może jacyś formaliści, albo co gorsza – złodzieye? Z
ludźmi nigdy nic nie wiadomo – wiadomo. Naradzają się kumy po cichu, dołączają
sąsiedzi z placu Dziwożon Gosiewskich, pół osiedla szepcze, a może i całe pół
sandżaku nawet.
– Ja wiem – zdradza tajemnicę pani
Zuza, zredukowana przedszkolanka. – Podobnież było tak – na pewno, bo Gertruda
z byłej stołówki pracowniczej „Kłuszyn” mówiła Kazikowi z taczkowozowni, a
Kazik mojemu wszystko powtórzył w sekrecie – że ten Marek i kierowniczka to razem
wiecie… w magazynie, a ślubu przecież nie mają, no i ktoś zapukał, a ten Marek
się przestraszył, a właśnie, wiecie, mieli niby już kończyć, no i on przerwał,
kucnął, zasłonił się, ale za wcześnie czy za późno, dość, że ją za aborcję zamknęli,
a jego za pomocnictwo. A jeszcze im prokurator przybił zniszczenie wózka
widłowego, co od roku prowadził, bo akurat na tym samym magazynie rozpadł się od
rdzy…
– No masz! – Mówi Ciotka. – Takie rzeczy!
W naszej Bierdonce… Kto by pomyślał. – No i potępia, potępiają wszyscy, chociaż
Ciotce na ten przykład trochę jakby żal, bo kierowniczka była nie taka zła
kobieta, ochraniarz też nie najgorszy. Na przykład nie bił nigdy ostatnich
klientów przed zamknięciem. Nawet różnych staruchów o lasce czy na wózku.
Cierpliwie czekał, aż sami wyjście znajdą. A kto są ci nowi? Co będzie?
– Następne trzy osoby! Ruszać się,
nie spowalniać! – Zaprasza tubalny głos nowego, więc Ciotka w rytmie, w rytmie
Słojowa i Kwapicha też w rytmie z nimi zgodnym.
– Zaraz! Dokąd, kurwa wasza mać, tak
szybko. Kartkę od spowiedzi pokazać!
– Ale ja byłam… – Mówi Ciotka prawie
szeptem…
– Byłem w rijo, byłem, kurwa, w
bajo. Kartka albo wynocha! – Informuje ochroniarz.
– Ale ja jestem przewodniczącą Koła
Babek-Polek na naszym osiedlu… – Ochraniarz ręką jak bochen spokojnie odpycha
Ciotkę i nawet nie przeszkadza jej samodzielnie wywrócić się w błotnistą kałużę.
Podnosząc się na kolana Eufrozyna widzi, jak Kwapicha triumfalnie wyciąga jakiś
świstek z torebki i podaje panu na bramce.
– A teraz kopia notarialna karty
wyborczej!
Słojowa chyba zrezygnowała z
zakupów, bo chyłkiem wysuwa się z kolejki, że niby Ciotkę pod łokieć i żeby
podnieść. Blada Kwapicha cofa się o krok, ale ochraniarz już torebkę wyrwał, z
torebki zaś – resztki zamka, wywala, co było, w błocko i z wody otrząsa jakiś
dokument.
– No i proszę. Się głosowało… I na
kogo… – Stwierdza spokojnie. Jakiś facecik w burym garniaku wysuwa się z
kolejki, pokazuje legitymację. Z bramkarzem biorą zmartwiałą Kwapichę pod ramiona
i wciągają w czeluść sklepu.
Słońce
właśnie zaszło, potężna łapa wywiesza od środka kartkę z kulfoniastym „ZAKNIENTE”.
– Pochwalona, pochwalona, Wenera
zawsze! – Szepcze Słojowa i drży. Do kościółka? Nie, nie pójdą już dzisiaj.
Nieczynny o tej porze. Będą się przemykać na swoją ulicę. Po cichu, po ciemku,
na pół ślepe, roztrzęsione, na w pół żywe. Biedne moje trusie, myszki moherowe
moje…
*
Zmieniłem zdanie. Nie będą. Gromkie
ciotczyne: „No żeż kurwa mać!” budzi pół osiedla, przerażony Dziad Eligiusz
zrywa się gdzieś na zatorzu i nawet Xiądz Kanonier we śnie drży.
Marysia poleca także wcześniejsze przygody Ciotki Eufroni w Najbardziej Patryjotycznym z Sandżaków, na przykład:
piątek, 7 października 2016
czwartek, 6 października 2016
Dramat X. Skargi!
Jeszcze jeden dowód, że podłość i przewrotność małopolskiej masonerii nie ma sobie równych! Dan Brown by czegoś takiego nie wymyślił! Marysi udało się udokumentować, w jak podły sposób zakamuflowana opcja boyowska i żeleńska obraża Naród Polski i jego duchowego Oyca - X. Piotra Skargę! Odraza!
wtorek, 4 października 2016
(6) Rześki poranek Dziada R. Eligiusza
Jakiś gbur kopnął ogryzek i trafił
Eligiusza w sam nos. Wobec tego Dziad Dyplomowany Radziwiłł Eligiusz otworzył
Prawe i zaraz potem lewe oko, a następnie uniósł się trochę na posłaniu i
łokciem się podparł.
– Dzień dobhy, kuhwa. – Sapnął sam
do siebie i jął się na nogi ghamolić.
Pora była już najwyższa. Całkiem
widno się zrobiło, syreny fabryczne wyły, przypominając o godzinie zamachu na
katastrofę, ludzie spieszyli stać w kolejkach po pięćset plus, a na domiar złego
jakieś pijaki zamoczyły w nocy Dziadowi posłanie, pracowicie uklepane ze sfilcowanych
numerów „Wesz-dziennika”.
– Nie masz pan jeszcze jakichś zwhotów?
– Zagaił w związku z tym Dziad do kioskarza.
– Bierz se pan, ile wola. W kurwę
tego leży za kioskiem. W zimie to przynajmniej ludzie na onuce biorą, a teraz… Chuj,
panie, nie interes. Jeszcze mi psy srają na to.
– Bóg zapłać, dobhy człowieku! –
Ucieszył się Dziad. – A nie kupiłby pan ohdehu? Za pahę kopiejek oddam, niedhogo.
– No, pokażże pan. – Zaciekawił się
kioskarz. – Jaki order?
– Ba! Złoty. Za Zasługi dla Obhonności
Khaju.
– Bujdy. Jakiego znowu kchaju?
– Panie! Naszego khaju. Obejrzyj pan
i dawaj pół hubelka, a nie: jaki? jaki?
– Hmmm… Wygląda jak prawdziwy –
mruknął kioskarz niewyraźnie, bo równocześnie zębem badał próbę aluminium. Nie
mam jeszcze w ofercie, to dam panu czterdzieści kopiejek.
– Cztehdzieści?! Panie! Złodziej by
mnie dał przynajmniej siedemdziesiąt pięć! Z takiej blachy, panie, to o! jaką
łyżkę ładną można sobie wyklepać kamieniem! – Tu Dziad jął zza onucki wyciągać
całkiem zgrabny zestaw sztućców własnej roboty.
– Ja złodziej?! Żebym ci zaraz
dziadu jeden ze grzywy nie kręgielnął! Mówiłeś przecież dopiero co, że pół
rubla?!
– Strzyknąć, smahkaczu, to chyba ja
ci mogę! Niech będzie z moją sthatą za pół hubelka i przybite. Powiedzmy, że phomocja.
– To przybite. Lubię z panem
interesy robić, panie Eligiuszu. A skąd ten order, jeśli można spytać?
– A żadna tajemnica. W aptece mnie
zamiast heszty wydali. Do leków bezpłatnych. Zawsze oszwabią. Złodzieje.
– Ano – złodzieje, złodzieje – podsumował
kioskarz i wrzucił blachę do kartonika pełnego różnych śmieci.
– O! A tu to mam coś dla pana w
prezencie, panie poruczniku. – Wyciągnął z pudełka stary wędkarski błysk. –
Mnie to dzieciaki z tej kamienicy na Leppera zostawiły na wymianę. Za plakietkę
„Wembley 73 Pamiętamy!” i za „Purpurową Mosznę”.
– Panie Genku, to ja pana dłużnikiem
teraz będę!
– A w żadnym razie, panie Eligiuszu!
My, weterani, to się wspierać musimy, inaczej całkiem nas te złodzieje zamorzą.
– A to Bóg zapłać! I pochwalona
Wenera zawsze!
– A pochwalona!
Marysia poleca także obszerniejsze migawki z życia Falangisty Wyklętego Radziwiłł Eligiusza w naszym sandżaku:
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















